Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Gian Franco Svidercoschi

WYGRANA BITWA

Była jesień 1962 roku. Jan XXIII otworzył właśnie Sobór Watykański II, który jak gwałtowny wiatr miał przejść przez Kościół niosąc wielkie zmiany. Do Rzymu przybyli dziennikarze z całego niemal świata, wśród nich kilku zza "żelaznej kurtyny". Jerzy Turowicz był już wtedy człowiekiem znanym. Od siedemnastu lat kierował "Tygodnikiem Powszechnym", praktycznie jedynym wolnym głosem katolickim w komunistycznym imperium. Wiedzieliśmy o represjach, jakim poddano "Tygodnik" za odmowę publikacji nekrologu Stalina, mało się jednak jeszcze wiedziało o jego roli jako miejsca spotkania i konfrontacji nowych prądów myślowych Zachodu z kulturą polską i, bardziej ogólnie, słowiańską. Był to jakby most rzucony pomiędzy dwiema, jeszcze podzielonymi, Europami, znak jedności i powrotu do wspólnych korzeni chrześcijaństwa.

Turowicz zwykł codziennie odwiedzać watykańską Sala Stampa, a szczególnie dziennikarzy francuskich, wśród których znajdowały się takie sławy jak Fesquet, Wagner, Laurentin. Potem jednak coraz częściej kontaktował się z dziennikarzami z innych krajów, zwłaszcza zaś z nami, Włochami. Dzięki niemu i jego informacjom zaczęliśmy otrzymywać obraz katolicyzmu polskiego bardzo różny od stereotypów, które opisywały go jako czysty konserwatyzm naznaczony nacjonalizmem.

W Polsce skończyła się epoka stalinizmu, ale reżym komunistyczny nadal dążył do zepchnięcia religii na margines i do usunięcia jej z życia społecznego i kultury. Dlatego rzeczą pilną było przejście od wiary w sensie socjologicznym do wiary osobowej, świadomej, odpowiedzialnej, zdolnej przeciwstawić się presji marksizmu. Turowicz - który właśnie w tamtych latach wydał znaczącą książkę "Chrześcijanin we współczesnym świecie" - przynosił nam żywe świadectwo inteligencji katolickiej, która miała w sobie głęboki zaczyn reformatorski. I która miała przyspieszyć aggiornamento Kościoła polskiego, wedle wskazań Soboru.

*

Była wiosna 1974 roku. PAX zorganizował w Warszawie jeden ze swoich propagandowych zjazdów. Po zakończonych obradach uczestników zawieziono do Krakowa. W czasie zwiedzania miasta po cichu wraz z jednym z włoskich kolegów odłączyłem się od grupy, żeby pójść do "Tygodnika Powszechnego", na Wiślną 12. Chcieliśmy porozmawiać z Turowiczem, otrzymać od niego obiektywną interpretację trudnych chwil, jakie przeżywał Kościół. Nawiązywano właśnie "stałe kontakty robocze" między Warszawą a Stolicą Apostolską. Obie strony pojmowały jednak "normalizację" całkiem odmiennie. Strategia reżimu się zmieniła, celem jednak pozostawało izolowanie religii w zakrystii.

Turowicz przyjął nas bardzo serdecznie i zaczął tłumaczyć, jak wygląda sytuacja. Po upływie kilku minut słyszymy pukanie do drzwi i wchodzi następny dziennikarz, francuski, który również opuścił po kryjomu grupę, żeby przyjść posłuchać Turowicza. Kolejne kilka minut i powtarza się identyczna scena, tym razem z dziennikarzem amerykańskim. W tym momencie naczelny, śmiejąc się, pyta, w jakim języku powinien mówić: "Chcecie, żebym to robił po łacinie?"

Ten drobny epizod ukazuje fundamentalną rolę, jaką Jerzy Turowicz odegrał w tamtych latach, nie tylko jako redaktor jedynego pisma opozycyjnego w świecie tzw. realnego socjalizmu, ale także jako miarodajny punkt odniesienia dla wszystkich zachodnich dziennikarzy, którzy znaleźli się w Polsce. Pójść na Wiślną 12 oznaczało nie tylko uzyskać informacje z pierwszej ręki, ale i zanurzyć się w rzeczywistości tego kraju, poznać prawdziwy przebieg dramatycznej konfrontacji między Kościołem a reżimem.

W tej roli Turowicz był także świadkiem, więcej, bohaterem oporu przeciwko królestwu kłamstwa, które - z pewnością mniej okrutne od stalinizmu i mniej gnębiące od breżniewowskiego totalitaryzmu - zmierzało jednak podstępnie do całkowitego wymazania "prawdy". A co za tym idzie, do pozbawienia narodu polskiego nie tylko wolności, ale jego własnego ducha.

*

Była wiosna 1985 roku. W ciągu kilku lat Polska przeżywała jedno trzęsienie ziemi za drugim. Wybrano Papieża z Krakowa, który najpierw był współpracownikiem, a potem "opiekunem", niekiedy krytycznym, "Tygodnika Powszechnego". Już pierwsza wizyta Jana Pawła II w ojczyźnie zachwiała fundamentami budowli wzniesionej w Jałcie. Narodziła się "Solidarność", bunt całego społeczeństwa przeciw państwu partyjnemu, ale próbowano ją zniszczyć, i Polska zmieniła się w wielkie więzienie. Papież powrócił do ojczystej ziemi, umocnił dusze, potwierdził ideały "Solidarności"...

"Tygodnik" opowiadał o tym wszystkim, nigdy nie dając się zastraszyć, mimo prześladowań, cenzury, przeszkód. Podkreślił to sam Ojciec Święty 25 marca 1985 roku w 40. rocznicę powstania pisma: "Ten trud pracy »Tygodnika Powszechnego« miał szczególną wymowę i szczególną owocność, bo przecież jest to jakieś świadectwo dawane Chrystusowi i Kościołowi na tle tysiącletnich dziejów naszej Ojczyzny i chrześcijaństwa w Polsce, a równocześnie w okresie tych dziejów, który jest naznaczony ideowym kontrastem jak nigdy przedtem w ciągu całego tysiąclecia".

Pamiętam dobrze ten dzień, to spotkanie w Watykanie, ponieważ byłem wtedy wicedyrektorem "L’Osservatore Romano". Pamiętam dobrze słowa Papieża, ponieważ znalazłem w nich jasno wypowiedzianą wielką wdzięczność dla dzieła, którego dokonał Jerzy Turowicz, wdzięczność za świadectwo dziennikarza, ale przede wszystkim za świadectwo wiary chrześcijańskiej. Turowicz był właśnie odważnym świadkiem praw i obowiązków Kościoła polskiego potępiającego niesprawiedliwość, przemoc i broniącego prześladowanych i upokorzonych.

Jednocześnie był równie odważnym świadkiem - czy raczej rzecznikiem - pontyfikatu Wojtyły. W połowie lat 80. wielu jeszcze było krytyków polskiego Papieża. A Turowicz - w ojczyźnie i poza jej granicami - zawsze wykorzystywał okazję, by go bronić, i ukazywać w sposób pozytywny idee inspirujące jego misję. W jednej z rzymskich gazet Turowicz napisał, że z pewnością nie można nazwać "konserwatywnym" Papieża, którego "duchowa i intelektualna formacja, którego eklezjologia, w znacznej mierze ukształtowane zostały właśnie przez Sobór"; Papieża "tak poważnie zaangażowanego w obronę praw człowieka, domagającego się sprawiedliwości społecznej zwłaszcza dla krajów Trzeciego Świata, ochrony i szerzenia pokoju".

*

W kwietniu 1995 roku ostatni raz odwiedziłem Jerzego Turowicza w Polsce. Spotkałem Go potem w Rzymie, ale w pamięci pozostało mi wspomnienie owej rozmowy w Krakowie. W momencie decydującego przejścia od totalitaryzmu do demokracji został poproszony do wzięcia udziału w sławnym "Okrągłym Stole", przy którym siadły naprzeciwko siebie władze komunistyczne i opozycja. Nie cofnął się; czuł obowiązek osobistego stawienia się na polu bitwy i wniesienia wkładu własnego doświadczenia w Wielką Przemianę. Doprowadziwszy jednak do końca to zadanie, powrócił do swojej pracy, do swojej pierwszej miłości, do "Tygodnika Powszechnego".

Kiedy zobaczyłem Go w Krakowie, wydał mi się przedwcześnie postarzały. Ale także prawdziwie spokojny. Tak jakby wiedział, że dociera do końca swojej długiej przygody człowieka i chrześcijanina. Jednocześnie jakby dojrzała w nim świadomość tego, jak wielkie miał szczęście mogąc ujrzeć rezultaty bitwy, której poświęcił - o czym dobrze wie Jego żona Anna - całe swoje życie. Tak, oczywiście, przejmował się tym, że w Polsce rozprzestrzenia się powierzchowne, jeśli nie fałszywe, rozumienie wolności, i pewnymi konserwatywnymi ośrodkami, które przetrwały jeszcze w polskim katolicyzmie. Ważniejsze dlań jednak było - i dziękował za to Bogu - że definitywnie zamknięty został tragiczny rozdział totalitaryzmu, rozpoczęty przez nazizm i kontynuowany przez komunizm.

Gdy słuchałem tamtego dnia Jerzego, przyszedł mi na myśl święty Paweł, kiedy pisał, że stoczył "dobry bój", że bieg ukończył i że zachował wiarę.

*

Chciałem wspomnieć Turowicza w ten właśnie sposób. Wznieść się ponad głęboki szok wywołany jego odejściem. Ponad nostalgię wywołaną tym, że nasza piękna przyjaźń została przerwana - przynajmniej w naszym ludzkim rozumieniu. Chciałem pokazać Go poprzez te cztery epizody jako świadka czy raczej symbol, który ucieleśnia ponad pięćdziesiąt lat historii "innej Europy", jej męczeństwa, ale także jej odrodzenia i powrotu do jedności z bliźniaczą połową. Jerzy Turowicz, symbol historii, która się skończyła, a zarazem prorok nadziei na historię nową, którą trzeba teraz tworzyć.

Gian Franco Svidercoschi

(Dziennikarz, watykanista, były wicedyrektor "L’Osservatore Romano")



---
Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: śmierć kultura praca Jan Paweł II Tygodnik Powszechny wspomnienie Jerzy Turowicz gazeta Sobór Watykański II redakcja epitafium Pax Gian Franco Svidercoschi