Koszmar skrupułów

Z cyklu "Pytania nieobojętne"

Już od wczesnej młodości trapią mnie skrupuły. Próbowałam je likwidować różnymi sposobami — ale jakże to było trudne. Generalne spowiedzi nie pomagały, a raczej jeszcze bardziej pogłębiały mój stan. Przekonałam się, że po prostu nie potrafię się dobrze wyspowiadać ze wszystkich grzechów. Były okresy lepsze, były nawet takie, że zaczęłam częściej przystępować do spowiedzi i Komunii świętej, ale nawroty bywały. Wybrałam taką drogę, że po prostu tylko raz w roku około Wielkanocy, a nawet rzadziej spowiadałam się i zaraz szłam do Komunii świętej, aby przypadkiem nie przypomniało mi się, że czegoś nie powiedziałam. Kiedy prześladowały mnie nowe niepewności — odkładałam je do następnej spowiedzi. I taki stan trwał dość długo.

Przed każdą spowiedzią i długo przedtem przeżywałam koszmarne noce, bo widziałam grzechy wręcz na każdym kroku, a wyspowiadanie się ze wszystkiego było niełatwe. Po spowiedzi przychodziło uspokojenie. Gdzieś od czterech lat — nawrót skrupułów. Tak jak nawrót każdej choroby — był o wiele cięższy. Zaczęłam szukać pomocy w konfesjonale, ale ksiądz nie chciał słuchać o dawnych grzechach, do których stale powracałam i które jawiły się w coraz większym zasięgu. Rozmyślałam w dzień i w nocy, bo akurat ten nawrót trafił na dobre podłoże, gdyż byłam sama. Po każdych rekolekcjach przybywało grzechów — i spowiedzi były coraz dłuższe. Zazdrościłam wręcz ludziom, że oni tak prędko odchodzą od konfesjonału, a ja mam tyle do powiedzenia.

Nieraz trafiłam na dobrego kapłana, który po wysłuchaniu wszystkiego powiedział, że nie zadaje mi pokuty, bo taka spowiedź jest największą pokutą. Byli tacy kapłani, którzy oburzali się, że zabieram czas, a tu tyle ludzi czeka w ogonku. Tak więc wytworzył się powoli jakiś uraz psychiczny do konfesjonału.

Znajomy ksiądz polecił mi specjalnie wybranego przez siebie kapłana, dobrego spowiednika, który cierpliwie wysłuchał wszystkiego i kiedy odeszłam od konfesjonału, zdawało mi się, że na nowo odrodziłam się, ale trwało to właściwie jeden dzień. Nowe przyszły problemy, analizowałam swoje wypowiedzi, czy dobrze powiedziałam, czy mnie dobrze zrozumiał itd., itd., aż skończyło się na tym, że znowu tylko duchowo przyjmowałam Chrystusa do serca. Czasem wydaje mi się, że jest w tym wszystkim jakieś szukanie dziury w całym.

Niecały rok temu straciłam Męża, wspaniałego Człowieka. Tak bardzo chciałam na Mszach świętych za Jego duszę przystępować co dzień do Komunii św. Opory były duże, niekiedy pytałam syna, czy mogę iść, kiedy to i owo mi się przydarzyło. Zawsze mnie zachęcał (on jest b. religijny), ale do dziś mam wątpliwości, że np. ta Komunia święta mogła być niedobra. W tym okresie częstych Komunii świętych dużo więcej nachodziło mnie myśli, nieraz nie kontrolowanych, jakieś rozmaite kuszenia, z którymi nie mogłam dać sobie rady, a które pogłębiały mój stan psychiczny. W cichości tłumaczyłam sobie, usprawiedliwiałam się, ale nieraz było to ponad moje siły i dałam za wygraną.

Ostatnio u Komunii świętej byłam z synem w Częstochowie, gdzie bardzo przeżyłam spotkanie z Chrystusem. I znowu zasklepiłam się, bo znowu na każdym kroku dominują moje chore skrupulatne myśli. Wracam do bardzo odległych czasów, łamię sobie głowę, czy to powiedziałam, czy tamto załatwiłam, czy oddałam, czy zadośćuczyniłam, i tak w kółko. Jednego dnia trapi mnie taki grzech, następnego inny i tak bez przerwy.

Bardzo skrótowo przedstawiłam stan mojej duszy, a piszę to dlatego, aby szukać pomocy. Czy nie ma dla takich ludzi jakiejś „generalnej recepty” na spowiadanie się? Czy koniecznie trzeba takie drobiazgowe detale, którymi męczę i siebie, i kapłana, opowiadać? Czy naprawdę nie trzeba wracać myślami do dawnych grzechów? Czy każda spowiedź jest dobra, skoro się tego chciało, a która nie zadowalała mimo wszystko? A jeśli zadośćuczynienia były niespełnione? Jak dalej postępować?

Dużo się modlę, prosząc, abym zrozumiała, że wszystko, co było w mojej mocy, uczyniłam, aby żyć z Chrystusem. Wiem o tym, że największy grzesznik może się nawrócić. Cóż bym ja uczyniła, abym miała tę pewność, że jest wszystko w porządku! U mnie każdy grzech urasta do problemu ciężkiego, a dobrze byłoby wiedzieć, jakie są te ciężkie grzechy. Do wszystkich przewinień podchodzę tak wnikliwie, że zawsze wydumam największe zło. Obecnie jestem u kresu wytrzymałości i pocieszam się, że może tą drogą uzyskam równowagę. Zbliża się rocznica śmierci śp. Męża; chciałabym dobrze do tej daty przygotować się duchowo. Poza tym okres wielkanocnej spowiedzi napawa mnie bojaźnią, coraz większy odczuwam uraz psychiczny. Wiem, że nie jestem w stanie odbyć spowiedzi generalnej, wiem, że to nie na moje siły, bo i pamięć zawodzi, a zresztą wiem, że nie tędy droga. A zatem jaka?

Chodzi mi o to, abym bez obaw mogła przystępować do Komunii świętej. Obecne moje życie to dreptanie w miejscu bez korzyści dla mojego zbawienia. Gdybym wiedziała, że te cierpienia duchowe są zesłane od Boga, to bym na pewno przyjęła to w pokorze, ale przecież ile ja tracę, nie mogąc uczestniczyć w Eucharystii św. A życie zbliża się ku końcowi. Jakaż byłabym szczęśliwa, gdybym zrozumiała, że mogę być spokojna — nie wyobrażam sobie większej radości tu, na ziemi. Przecież nie tylko fizyczny ból trzeba leczyć, o ileż trudniej wyleczyć ból psychiczny, który bardziej duszę orze i podkopuje zdrowie. Poddam się każdemu leczeniu, bo naprawdę ogromnie cierpię.

Spróbujmy nazwać po imieniu złe skutki tej choroby, która Panią dręczy. Widzę ich co najmniej cztery. Po pierwsze, w udrękach skrupułów zapomina się o tym, co najważniejsze: że odpuszczenie grzechów zawdzięczamy Miłosiernemu Bogu. Człowiekowi zaczyna się wydawać, iż rzeczą najważniejszą jest jak najdokładniejsze wyznanie swoich grzechów, jak najdokładniejsze odprawienie pokuty itp. A przecież kiedy klękam przy konfesjonale, przychodzę wówczas do Chrystusa Zbawiciela, aby On w swoim miłosierdziu raczył mi wybaczyć moje grzechy. Wyznanie win świadczy o tym, że przychodzę w dobrej woli, i jest jedynie warunkiem rozgrzeszenia. Źródłem rozgrzeszenia jest sam Bóg, Jego miłosierdzie.

Toteż swoją uwagę powinniśmy koncentrować nie na tym, aby wyznać grzechy jak najdokładniej, ale na tym, żeby je wyznać Miłosiernemu Bogu. W Kościele od wieków naucza się, że wystarczy wyznać grzechy ciężkie oraz ich liczbę, zaś spośród okoliczności jedynie te najistotniejsze, które zmieniają rodzaj grzechu. Naucza się również głośno i wyraźnie, że tylko umyślne zatajenie czyni spowiedź nieważną. Jeśli spowiadam się szczerze, Chrystus mi odpuszcza wszystkie grzechy, nawet jeśli jakiegoś grzechu zapomniałem wyznać lub nie umiałem go wyznać prawidłowo. Powtarzam jeszcze raz: w naszej postawie, kiedy przystępujemy do sakramentu pokuty, rzeczą najważniejszą jest ufnie otworzyć się przed Chrystusem, który odpuszcza grzech i uzdalnia do poprawy. Otóż duchowa choroba, która Panią trapi, nie tylko odbiera radość pojednania z Bogiem, ale utrudnia — prawie uniemożliwia — przeżycie sakramentu pokuty jako spotkania z Kochającym Zbawcą.

Po drugie, złym skutkiem (a po trosze przyczyną) skrupułów jest wypaczenie nadziei. Zamiast swoją nadzieję na życie wieczne budować na Bogu i Jego przebaczeniu, człowiek usiłuje znaleźć ją w pewności, że się dobrze wyspowiadał. Jest to — przepraszam, że sprawiam Pani przykrość, ale lekarz musi czasem zadać ból — egocentryzm, który niestety bardzo skutecznie potrafi paraliżować prawdziwą miłość. Analogiczny mechanizm może niszczyć niekiedy na przykład miłość małżeńską. Człowiek zamiast po prostu kochać współmałżonka, usiłuje uzyskać stuprocentową pewność, że jest kochany, zadręcza współmałżonka, aby nieustannie zapewniał o swojej miłości, dawał stuprocentowe dowody nieistnienia zdrady itp. W ten sposób można podkopać nawet najprawdziwszą miłość oraz skutecznie zatruć życie sobie i współmałżonkowi. Miłość bowiem nie lubi arytmetyki, nie szuka stuprocentowości, nie przywiązuje nadmiernej wagi do gwarancji: cieszy się tym, że kocha, chce kochać coraz prawdziwej i o resztę jakby się nie troszczy.

Bardzo słusznie postanowiła więc Pani nie szukać rozwiązania swoich problemów w spowiedzi z całego życia. Spowiedź taka ma sens w przypadku powrotu do Boga po latach błąkania się albo w przypadku niewątpliwego świętokradztwa w poprzednich spowiedziach, albo wreszcie w szczególnie istotnych momentach życia (na przykład przed przyjęciem sakramentu kapłaństwa lub małżeństwa). Natomiast zdecydowanie należy unikać takiej spowiedzi, gdyby krył się za tym jakiś brak zaufania w miłosierdzie Boże.

Po trzecie, zło skrupułów polega jeszcze i na tym, że dość skutecznie odwracają one zasadniczą kierunkowość sakramentu pokuty. Przecież po to przystępujemy do spowiedzi, żeby Pan Jezus wybaczył nam to, co w przeszłości było złe i swoją obecnością uświęcał naszą teraźniejszość i przyszłość. Sakrament pokuty pomaga nam się odciąć od naszej złej przeszłości, rozliczyć się z nią, zwrócić główną uwagę na to, co dobrego zrobić z naszym dzisiaj i jutro. Tymczasem w chorobie skrupulanctwa dzieje się coś dokładnie odwrotnego: człowiek właśnie główną uwagę skupia na swojej złej przeszłości, zaś myśl, aby dzień dzisiejszy i jutrzejszy przeżyć po Bożemu, schodzi na plan dalszy.

Wreszcie po czwarte, choroba skrupułów niszczy w człowieku poczucie granicy między grzechem a zjawiskami, którym nie sposób przypisać znamion moralnej nieprawości. Zatarcie tej granicy demobilizuje moralnie, rodzi fatalistyczne postawy wobec zła. Bo jeśli ktoś będzie się dopatrywał grzechu na przykład w dziejących się poza jego wolą doznaniach sennych albo czuł niepokój sumienia z powodu złych i dokuczliwych, ale nie chcianych myśli (lub nawet natręctw), wówczas podświadomie kształtuje się w nim przeświadczenie, jakoby walka z grzechem była przedsięwzięciem kompletnie beznadziejnym.

Czy jest jakieś lekarstwo na tę chorobę? W ogóle nie ma chorób duchowych, na które by nie było lekarstwa! Proszę w to gorąco uwierzyć! Bardzo Panią o to proszę!

Niech Pani spróbuje zastosować następujące pięć wskazówek. Będą one banalne, ale tak już bywa w sferze ducha, że rady najbardziej banalne są najskuteczniejsze. Po pierwsze w znacznej mierze Pani to już na szczęście osiągnęła — proszę wytrwale starać się o dystans wobec swoich skrupułów. Niech się Pani czasem zastanowi nad tym, co by Pani — wierząca w miłość i miłosierdzie Boże — powiedziała komuś, kto by się Pani zwierzył z analogicznych problemów. Proszę starać się zrozumieć, że źródło tych udręk jest w Pani, że obiektywnie skrupuły swoje należałoby po prostu bagatelizować.

Po wtóre, trzeba sobie zdecydowanie zakazać grzebania się w przeszłości. Niepokoje, czy spowiedź była dobra, najlepiej przerywać taką na przykład modlitwą: „Panie Jezu, wybacz mi, że jestem taka nieznośna, że zachowuję się tak, jakbym nie ufała Tobie; przecież Ty wiesz, że poza Tobą nie mam nikogo, w kim mogłabym położyć całą swoją nadzieję!” Przy skrupulanckim usposobieniu nie grozi Pani zatajenie jakiegoś poważnego grzechu. Dlatego podczas spowiedzi proszę w ogóle nie wracać do spowiedzi poprzednich — nawet jeśli rzeczywiście czegoś Pani zapomniała wyznać lub wyznała nie tak, jak trzeba. Wszelkie wątpliwości co do prawidłowości poprzednich spowiedzi proszę zdecydowanie przecinać. Najlepiej przez powierzenie się Bożemu miłosierdziu: „Sam widzisz, Panie Jezu, jaka jestem, jak mi trudno zaufać Twojemu miłosierdziu. Ale właśnie tylko Twemu miłosierdziu chcę ufać!”

Po trzecie, niech się Pani stara spowiadać krótko. Dwa rodzaje wyznań trzeba ze swoich spowiedzi usuwać: proszę się nie spowiadać z rzeczy, co do których nie ma Pani pewności, że są grzechem; proszę też powstrzymywać się od opisywania różnych okoliczności grzechu (tylko wyjątkowo powinno się wyznać jakąś okoliczność: jeśli istotnie zmienia ona charakter grzechu). Trudno będzie się Pani zastosować do tej rady, ale musi się Pani przezwyciężyć. Nawet na rachunek sumienia radziłbym nałożyć sobie jakiś rygor, na przykład nie poświęcać mu więcej czasu niż dwadzieścia minut. Wszelkie zaś wewnętrzne opory przeciw temu rygorowi proszę przezwyciężać ucieczką do Bożego miłosierdzia.

Po czwarte, celem niech będzie dla Pani dobra służba Bogu, a nie jakiś pokój serca odczuwany fizycznie. Wewnętrznego pokoju zapewne Pani przybędzie, ale proszę się nie spodziewać jakiegoś radykalnego uzdrowienia swojej psychiki; najważniejsze, żeby duch został w człowieku uleczony. Musi się Pani z tym pogodzić, że skrupulanckie usposobienie będzie raz po raz boleśnie dawało znać o sobie. Tylko w takim stopniu potrafi je Pani przekształcić w swój krzyż, w jakim będzie się Pani starała je przezwyciężać. Inaczej usposobienie takie staje się ciężarem niszczącym człowieka — i ducha, i ciało. Jeśli jednak człowiek weźmie swój krzyż, ogarnie go pokój Boży głębszy niż nasze odczucia. Niekiedy będzie Pani niemal namacalnie czuła w sobie ten pokój, ale zapewne częściej będzie on poza sferą odczuć. Niesienie krzyża i wewnętrzny pokój są czymś nieodłącznym. Musi Pani wziąć na siebie swój krzyż, to znaczy w trudzie i samozaparciu przezwyciężać swoje skrupuły i otwierać się na miłość Bożą — i tylko pod tym warunkiem zazna Pani pokoju, choć często nie będzie go Pani odczuwać. Ale proszę mi wierzyć: jedno i drugie, i krzyż, i pokój, będzie pracowało dla Pani dobra.

Piąta rada też idzie na przekór Pani usposobieniu. Mianowicie po spowiedzi proszę przynajmniej przez miesiąc przystępować do komunii (bez następnych spowiedzi w międzyczasie) — niekoniecznie codziennie, wystarczy co niedzielę, choć można i częściej. Skrupuły pewno będą Panią ogarniały: że tyle w człowieku niedobrych myśli było, tyle lenistwa itp. Niech Pani odrzuca te skrupuły i do komunii jednak odważnie przystępuje. I proszę się nie lękać świętokradztwa. Tylko na wypadek jakiegoś poważnego i niewątpliwego grzechu należy się powstrzymać od komunii — ale od takiego grzechu Bóg Panią ustrzeże.

A że Pani czuje się niegodna komunii? Oczywiście, że jest Pani niegodna. Ale któż jest godny? Wszakże szatanowi właśnie o to chodzi, żeby nas odciągnąć od spożywania Ciała Pańskiego i zniszczyć w nas pokój i radość Bożą. Nie pozwólmy szatanowi wprowadzać zamieszania w naszą służbę Bożą!

opr. aw/aw

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama