słodki cukiereczek

Zapraszamy do czytelni Według autorów Według dziedzin Według tematów Wyszukaj Na zakupy!

















Nowe cuda siostry Faustyny




Książka "Nowe cuda siostry Faustyny" zawiera świadectwa, ale jednocześnie odpowiedzi na intrygujące pytania:
Kto gromadził dowody i świadków w procesie beatyfikacji Św. Faustyny?
Czy ta osoba poznała świętą osobiście?
Kto woził dokumenty do Watykanu?
Czy święci działają "życzeniowo"?
Jak działa Boże Miłosierdzie w Afryce, jak w Białymstoku, a jak na Słowacji?


Publikacja jest kontynuacją znakomicie przyjętej przez czytelników książki pt. "Cuda siostry Faustyny".
Obok świadectw zawiera także trzy reportaże - m.in. opowieść o Artyście - Malarzu, nałogu alkoholowym i Dzienniczku Św. Faustyny,
jak również świadectwa cudów za sprawą Błogosławionego ks. Michała Sopoćki - spowiednika Św. Faustyny i ciekawostki z drogi do jego beatyfikacji.

Książka dostępna w Domu Wydawniczym Rafael, dobrych księgarniach oraz na www.rafael.pl
Format: 130 x 200 mm, s. 144, cena det. 24,90 zł.






Świadectwo studentki


Jestem studentką uniwersytetu w Białymstoku i jak pewnie wiele osób poszukiwałam sensu swojego życia. Bywały dni, gdy kładłam się i zagubiona zastanawiałam się, czy w ogóle jest po co wstawać. Od kiedy pamiętam, moją największą radością był uśmiech dziecka. Nie mogłam pojąć wyrządzania krzywd i maltretowania dzieci. Często też trudno było mi zasnąć po przeczytaniu artykułu dotyczącego głodujących dzieci w Afryce. Pragnęłam im pomóc.

W liceum z koleżanką przez prawie rok co kilka dni chodziłyśmy do dzieci z domu dziecka, aby z nimi przebywać. Nie potrafiłyśmy zbyt wiele i nie byłyśmy przygotowane do pracy w grupie. Pragnęłam, aby nareszcie moje życie miało sens. Czas przebywania z dziećmi nie był ani długi, ani trudny. Najważniejsze było to, że był ktoś, kto potrzebował właśnie mnie. Po liceum chciałam skończyć studia prawnicze, aby móc walczyć o sprawiedliwość. Nie było mi to jednak dane. Teraz wiem, że to nie był pech ani przypadek. O sprawiedliwość można przecież walczyć nie tylko w sądzie za pieniądze.

Nie rozumiałam jednak na początku, dlaczego nie mogę tego zrobić. Wcześniej wszystko wydawało mi się banalnie proste i jasne. Miałam problemy i nie do końca byłam zadowolona z tego, że moje życie nie zależy ode mnie. Marzyłam, aby wszystko układało się po mojej myśli i nawet w modlitwach „układałam Panu Bogu scenariusze”. To trwało jakiś czas. Teraz wiem, że za długo. Przekonałam się jednak, że przez moje scenariusze zaczynam iść coraz ciemniejszą i bardziej krętą drogą. Miałam wielu znajomych, którzy byli wspaniali, jednak nie w aspekcie etycznym i moralnym. Przez moment nawet odsunęłam się od dzieci. Chciałam sobie wmówić, że przecież mam znajomych i to oni powinni być najważniejsi. Jednak tak naprawdę od nikogo nie dostałam tyle miłości, ile właśnie od dzieci. Dzieci, które nie mogą nam dać nic w zamian. Dzieci, które uśmiechają się i cieszą tylko dlatego, że jestem. Oczy ciała i duszy otworzyły mi się wtedy, gdy poczułam, że idę w złym kierunku. Poczułam, że aby żyć, muszę mieć dla kogo to robić. Aby mieć sens życia, muszę zacząć prawdziwie kochać. Zrozumiałam, że Bóg w Swoim Miłosierdziu zawsze był przy mnie. Wysłuchiwał mych tragicznych scenariuszy i spełniał wszelkie prośby właśnie po to, bym otworzyła oczy i pozwoliła Mu się prowadzić. Oddać ster Jezusowi, a nie próbować kroczyć z zamkniętymi oczami.

Teraz, gdy modlę się o spełnienie Jego woli, przestałam się smucić. Odnalazłam sens swego życia i wiem, że Miłosierdzie Pana dotyka każdego. Najważniejsze jest zaufanie i to poczuć. To, co pozwala żyć, daje sens, wiarę, nadzieję i miłość.

Pragnienia, które zrodziły się we mnie wiele lat temu, spełniły się w tym roku (2006). Zaadoptowałam programem Duchowej Adopcji 6-letniego Jeremanusa z Tanzanii (Afryka). To mało kosztuje, a daje życie. Chłopczyk, któremu pomagam, umie już czytać i pisać, nawet w języku angielskim. Wiele tak cudownych dzieci czeka na promyk nadziei, kromkę chleba oraz szklankę wody. Wiara jest w nich zawsze, gdyż bez wiary w Boga i lepsze jutro nie miałyby siły żyć. Miłością pragną obdarzać każdego człowieka i łakną jej odczuwania, gdyż nie mają rodziców. Miłosierdzie, którego doświadczyłam, chciałabym ukazać wszystkim. Podanie ręki bliźniemu to ukazanie cząstki tego, jak wielkie jest Miłosierdzie naszego Pana.

Monika z Białegostoku


Dar Miłosiernej Miłości


Było to 21 grudnia 2002 r. Otrzymałam wówczas telefoniczną wiadomość od mojej siostry Ewy z Warszawy, że mama z zawałem serca trafiła do szpitala na Pradze i jest reanimowana. Zamarłam ze strachu, ponieważ wiedziałam, że mama stroniła od Kościoła i na pewno nie pojednała się z Bogiem, choć ją do tego niejednokrotnie namawiałam, mówiąc: „Bóg jest Miłością i nie ma takiego grzechu, którego by nie przebaczył, jeżeli tylko człowiek szczerze żałuje”. Mama jednak była nieugięta.

Przyczyna odejścia jej od Kościoła była mi znana, choć utrzymywałam ją w tajemnicy przed moim rodzeństwem. Wiosną 1955 r. mama nielegalnie usunęła ciążę i bardzo się źle czuła. Przywołała mnie i prosiła, żebym przy niej siedziała i nie odchodziła, a gdyby straciła przytomność lub dostała krwotoku, to żebym się nie przestraszyła, tylko szybko wezwała pogotowie i powiedziała lekarzowi, co zrobiła. Byłam przerażona, miałam wtedy 15 lat. Ojciec pracował poza Warszawą i przyjeżdżał do domu raz w miesiącu z wypłatą. W szkole, w której pracował, uczyła się również moja 14-letnia siostra Danusia. W domu poza mną był 9-letni brat Andrzej, 4-letnia siostra Ewa i półroczny braciszek Adaś. Mama na szczęście wróciła do zdrowia, ale z roku na rok stawała się coraz bardziej złośliwa.

Wracając do choroby mojej mamy, stan jej był bardzo ciężki, ponieważ liczyła już 85 lat i ponad 30 lat była na insulinie, miała bowiem cukrzycę.

Pierwszą moją reakcją po ochłonięciu była myśl: „Bóg jest miłosierny, kaplica, siostry”. Napisałam karteczkę z prośbą do Chrystusa Miłosiernego, by moja mama Leokadia nie odeszła z tego świata bez pojednania się z Bogiem i zaniosłam do kaplicy przy ul. Poleskiej. Modliłam się z siostrami codziennie – rano Msza Święta, a o 15.00 Koronka do Miłosierdzia Bożego.

Po trzech dniach mama odzyskała przytomność, ale pojednać się z Bogiem nie chciała, chociaż przyszedł do niej ksiądz kapelan szpitalny. Po 10 dniach nastąpił nowy zator. Modlitwa moja i Sióstr Jezusa Miłosiernego trwała cały czas. Po 7 dniach mama wróciła do przytomności, ale nadal nie chciała pojednać się z Bogiem

Przez cały czas choroby mamy na moje telefoniczne pytania o stan zdrowia siostra Ewa odpowiadała: „Lekarze nie wiedzą, dlaczego żyje”.

24 stycznia 2003 r. zebrałam swoje siły i pojechałam do Warszawy. Stan mamy był beznadziejny. Rozpłakałam się i powiedziałam: „Mamo, pojednaj się z Bogiem, na co ty czekasz? Chcesz, żeby cię Belzebub trykał przez całą wieczność? Ja już nie mogę tego dłużej wytrzymać, umrę chyba wcześniej niż ty. Zawsze o wszystkim myślałaś i zabiegałaś i czas najwyższy, byś pomyślała o sobie. Ojciec codziennie mi się śni i mówi: «Powiedz matce»” (to skłamałam, bo się nie śnił). Mama spytała: „A co mówił?”, ale odpowiedziałam: „Nic”, i w tym czasie weszła na salę siostra Ewa.

Wróciłam do domu 26-ego wieczorem i zaraz zadzwoniłam do Ewy. Na moje pytanie: „Co z mamą?”, odpowiedziała: „Mama kazała ci powiedzieć, że rozmawiała z księdzem”. Następnego dnia na moje pytanie: „Ewa, i co tam?”, odpowiedziała: „Mama prosiła – «powiedz Krysi, niech śpi spokojnie, bo wszystko z księdzem załatwiłam»”. Kamień spadł mi z serca, odetchnęłam z ulgą i zaraz ze łzami padłam na kolana, dziękując Bogu za tak wielką łaskę.

Po dwóch tygodniach mama była już w swoim domu, nie chciała być u Ewy, i z każdym dniem stan jej się poprawiał.

W maju na Dzień Matki przyjechałam do niej z całą rodziną i jakież było moje zdziwienie. Moja mama była inną osobą: pogodna, szczęśliwa, uśmiechnięta, zadowolona z naszej wizyty, nie narzekała, że się źle czuje. Sama przygotowała obiad, a nawet upiekła kilka ciast. Ewa przyniosła jej tylko produkty. Byłam szczęśliwa.

Odwiedziłam ją jeszcze w sierpniu z mężem i córką Małgosią. Wyglądała bardzo dobrze. Przygotowała również obiad i ciasta, a w dzień nie korzystała nawet z łóżka.

Umarła trzy tygodnie po mojej wizycie, 4 września, podczas snu. Niech Bogu będą dzięki za ten wielki dar Jego miłosiernej miłości.

Krystyna Dobkowska
Białystok


opr. aś/aś




 wyślij znajomym

Zobacz także:
Henryk Zieliński, Znak powołania
Andrzej Adamski, Oddany na służbę Bogu
Agnieszka Wawryniuk, Ryszard Maria Tomaszewski, Zdobyty przez Chrystusa
Agnieszka Wawryniuk, Dajemy bliźnim Pana Boga
Marian Machinek MSF, "Podwoje wiary"
Aleksander Kowalski, Wspólne dziedzictwo. Rabin i świadectwo
Jacek Wł. Świątek, Romantyczny idealista w okularach spawacza
Jolanta Krasnowska-Dyńka, Wstyd wierzyć?
Tomasz Bieliński, Kolęda, która odmieniła życie
Bogdan Michalski , Prawdziwa córa Kościoła
Komentarze internautów:

Miłosierdzie Boże (Tadeusz P z Poznania, 2009-03-28 20:15:47)
 Jezus mówił do...  więcej   skomentuj tę wypowiedź

Benedykt XVI | Biblioteka audio i wideo | Czytelnia | Dane nt. Kościoła | Edukacja Ekonomiczna | Felietony, komentarze | Filozofia | Galeria zdjęć | Inne nauki |
Integracja Europejska | Internet i komputery | Jan Paweł II | Katalog adresów | Katechetom i duszpasterzom | Kultura | Księgarnia religijna | Liturgia - na dziś i na niedziele | Mapa serwisu | Msze św. - gdzie, kiedy? | Nauczanie | Noclegi w Polsce | Noclegi, hotele w Polsce | Nowości na naszych stronach | PDA | Pielgrzymki piesze - ePielgrzymka | Rekolekcje | Rodzina | Sekty | Serwis informacyjny | Słownik | Sonda | Święci patroni | Szukaj | Tapety i dzwonki religijne | Teologia | Twój głos w dyskusji | Varia | Życie Kościoła