słodki cukiereczek
Strona główna Opoki | Liturgia na dziś | Baza Mszy św. | Porozmawiajmy o wierze | Życie Kościoła | Jan Paweł II | Dołącz do grona darczyńców

Opoka jest przydatna? Wpłać darowiznę
Zapraszamy do czytelni Według autorów Według dziedzin Według tematów Wyszukaj Na zakupy!





Audiobooki w odcinkach




Wiadomości


 

"Mein kampf" jest już w domenie i publicznej i co z tego wynika

Szymon Hołownia

PRZESTRZEŃ ŻYCIOWA

22 sierpnia 1931 r. na rogu Ludwigstrasse i Brienner Strasse w Monachium auto potrąciło pieszego. Prędkość nie była wielka, pieszy wylądował na bruku i miał parę zadrapań. Ale gdyby się na tym nie skończyło? To pytanie kierowca, baron John Scott-Ellis, wówczas osiemnastoletni bon vivant, zadawał sobie przez następnych kilkadziesiąt lat. Przez chwilę historia świata była w jego – jak to sam określił – „niezgrabnych rękach”. Gdyby wiedział, co zrobi za parę lat ów pieszy – Adolf Hitler, szef NSDAP i autor pisanych w więzieniu wspomnień o patetycznym tytule „Mein Kampf” – czy dodałby gazu? A widząc, że pieszy jeszcze się rusza – cofnął i poprawił uderzenie?

A może nie musiałby czekać? Wystarczyłoby, żeby zamiast emablować panny, na bieżąco czytał książki? Wszak „Mein Kampf” już wtedy sprzedała się w Niemczech w ponad 200 tys. kopii (by do końca wojny dobić do oszałamiającego wyniku 10 mln egzemplarzy sprzedanych i rozdanych; w III Rzeszy wręczano ją m.in. nowożeńcom i idącym na front żołnierzom).

Ludzie chętnie nasiąkali obsesjami człowieka, któremu za dwa lata oddadzą władzę nad dziesiątkami milionów istnień. Dowiadywali się, że wszystkiemu winni są bolszewicy oraz Żydzi. Że tych drugich należy wyrzucić, a jeśli będzie tego wymagać dobro niemieckiego robotnika i żołnierza – fizycznie eksterminować. Że Wielkie Niemcy, skrzywdzone przez historię, potrzebują przestrzeni życiowej na wschodzie. Że to, co słabe, musi być zmielone przez to, co mocne, a proces mielenia będzie bolał (w przeciwieństwie do polityków obiecujących wszystkim raj za darmo Hitler swoim wyznawcom lojalnie obiecywał drogę przez piekło, pot, krew i łzy).

Nie protestuję przeciw reedycji „Mein Kampf”, sam jednak jej nie nabędę. Babranie się w nieczystościach pozostawiam tym, którzy są do tego powołani.

Dziś też wielu wariatów pisze i wydaje książki. Casus „ Mein Kampf” pokazuje jednak, co się dzieje, gdy autor dostaje szansę, by wszystkim tym, czym męczył papier, zamęczyć świat realny. Czy to znaczy, że pewnych książek nie powinno się w ogóle wydawać? Pytanie boleśnie aktualne. Kilka tygodni temu1 prawa autorskie do „Mein Kampf”, będące dotąd w posiadaniu rządu Bawarii (który starał się ograniczać jej rozpowszechnianie), wygasły. Minęło 70 lat od śmierci autora. Rzecz trafiła do domeny publicznej i parę dni temu miałem okazję ujrzeć dzieło Hitlera na półce lotniskowej księgarni, tuż obok biografii rockowego gitarzysty Slasha oraz popularnego horroru o wojnie świata z najazdem zombie.

Mocne argumenty za niewydawaniem są dwa. Pierwszy: Europa na naszych oczach się kończy. Patetyczne hymny ku czci fundamentów kontynentu nie są w stanie przysłonić tego, że jego parter okupuje dziś niepodzielnie frustracjogenny materializm, na pierwsze piętro wprowadza się zaś ksenofobia. Przecież to idealna podpałka dla wszelkich radykalizmów. Dopóki „Mein Kampf” było trudno dostępne (w dobie internetu pojęcie „niedostępne” nie istnieje), szansa na to, że jakaś małpa wykorzysta to w charakterze brzytwy, była mniejsza. Krótkowłosi, wysportowani chłopcy i tak rozważali ją sobie na tajnych kompletach, co jednak, gdy teraz – zrównana na półce z tomem esejów Jacka Żakowskiego i wierszami Wisławy Szymborskiej – trafi do przekonania komuś mającemu w ręce bardziej wyrafinowane od bejsbola narzędzia? Co, gdy w jakimś modnym redaktorze, ważnym urzędniku, wygadanym profesorze narodzi się Goebbels? Debaty, do tej pory prowadzone na portalach dla półgłówków, trafią do głównego obiegu, na Onet, Wirtualną Polskę, Facebooka: „może to, co Hitler pisze na stronie 45, to jednak zbyt radykalne rozwiązanie, ale na 47 ma rację!”. „Racja, Adolf! Odpowiedzią na rozlazłość Europy musi być silne przywództwo!”. „To bardzo przykre, ale konieczne, niestety: ofiary muszą być!”.

fragment pochodzi z książki:

Szymon Hołownia

Instrukcja obsługi solniczki
Felietony z "Tygodnika Powszechnego"

 

ISBN: BN 978-83-277-1442-8
wyd.: Wydawnictwo WAM 2017

I oto argument drugi: ludzie przez te 70 lat naprawdę niewiele się zmienili. Przez ponad pół wieku z systemu wymontowano jednak bezpiecznik: odeszło pokolenie, które na własne oczy widziało, co dzieje się, gdy literatura taka jak „Mein Kampf” wychodzi z księgarń i staje się życiem, gdy akademickie debaty o dziejowej konieczności eksterminacji tych czy innych przestają być akademickie. Czy skoro z doświadczenia wiemy już, że wirus czarnej ospy zabija – nie powinniśmy trzymać go w zamknięciu?

Z drugiej strony – przecież umysłu nie da się trzymać pod kluczem. Może więc lepiej, że brednie Hitlera przestaną kusić niczym zakazany owoc, znajdą się wreszcie w normalnym obiegu, opatrzone aparatem krytycznym (w edycji, którą widziałem, przypisy zajmują więcej miejsca niż sama treść), a ludzie będą mogli się przekonać, że ich autor po pierwsze był nudziarzem, po drugie – kiepskim pisarzem, po trzecie – miał nierówno pod kopułą. Niech wirus zginie w kontakcie ze świeżym powietrzem.

A jeśli przetrwa?
Zamiast zadręczać się, niczym baron Scott-Ellis, pytaniami, czy przyszłość byłaby inna, gdyby dało się odkręcić przeszłość, całą parę trzeba puścić w teraźniejszość. Jedynym wyjściem z błędnego koła rozmyślań o tym, jak tym razem być mądrym przed szkodą, jest odwrócenie zabiegu Hitlera: przeniesienie refleksji z poziomu mas z powrotem na poziom osobistych decyzji. Straszny Adolf zmienił jednostki w masę i przeszczepił jej swój mózg (robią tak wszyscy autokraci). Jedynym narzędziem, jakie mam, by się przed tym bronić, jest więc moje autonomiczne „nie”, „nie w moim imieniu”.
Nie protestuję więc przeciw reedycji „Mein Kampf”, sam jednak jej nie nabędę. Pozostanę wierny zasadzie, że nie czytam bestsellerowych wspomnień wampirów, katów, gwałcicieli i nie śledzę konnych sesji dzieciobójczyni w szmatławcu. Babranie się w nieczystościach pozostawiam tym, którzy są do tego powołani (psychiatrom, historykom, policjantom), wychodząc z założenia, że umysłowych śmieci się nie kontempluje, tylko sprząta.

11 stycznia 2016 r.

opr. ab/ab

 






 wyślij znajomym

Zobacz także:
Krzysztof Tadej, Nadia Sawczenko, Marzę o wielkiej, wspaniałej Ukrainie
Witold Gadowski, Przestrzeń, w której przyszło nam walczyć
Papież Franciszek, Ryzyko miłosierdzia
L'Osservatore Romano, Aby błagać o pokój
G.M.V., Milczenie i modlitwa
Wojciech Dudkiewicz, Pomysł na Strefę
Stefan Truszczyński, Matka
André Codouni, Bóg jest naszą warownią
GMV, Złe sny
Andrzej Adamski, Wojna i zawierzenie Rosji
Komentarze internautów:

Benedykt XVI | Biblioteka audio i wideo | Czytelnia | Dane nt. Kościoła | Edukacja Ekonomiczna | Felietony, komentarze | Filozofia | Galeria zdjęć | Inne nauki |
Europa, Polska, Kościół | Internet i komputery | Jan Paweł II | Katalog adresów | Katechetom i duszpasterzom | Kultura | Księgarnia religijna | Liturgia - na dziś i na niedziele | Mapa serwisu | Msze św. - gdzie, kiedy? | Nauczanie | Noclegi w Polsce | Noclegi, hotele w Polsce | Nowości na naszych stronach | Papież Franciszek | Pielgrzymki piesze - ePielgrzymka | Rekolekcje | Rodzina | Sekty | Serwis informacyjny | Słownik | Sonda | Święci patroni | Szukaj | Tapety i dzwonki religijne | Teologia | Twój głos w dyskusji | Varia | Życie Kościoła