Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Paweł Potoroczyn

Trzecia droga dziennikarstwa

Wiele amerykańskich instytucji i firm podczas pierwszego z nimi kontaktu prosi o wypełnienie dobrowolnej ankiety, w której jedno z pytań brzmi: jak się o nas dowiedziałeś? Mnie to pytanie zawiodłoby na ostatnią stronę "Przekroju", gdzie w swojskim otoczeniu humoru z zeszytów, między utworami Ludwika Jerzego Kerna i aforyzmami Kreci P., co tydzień Pan Filutek ginął w nierównej walce z burżuazyjnym rysunkowym dowcipem importowanym. Rysunki nigdy nie były podpisane nazwiskiem autora. W "Przekroju" iluminista pozostawał anonimowy, ale dzięki temu poznałem nazwę opactwa: "The New Yorker".

Magazyn: więcej niż gazeta, mniej niż tołstyj żurnał. Nie ezoteryczny "Partisan Review", ale już nie plebejski "People". Oba główne tygodniki opinii, "Newsweek" i "Time", niepoprawnie konwencjonalne i konwencjonalnie poprawne, rzęsiście opiniotwórcze i nudne, to też magazyny, zaprenumerować je wypada, ale niecierpliwie czeka się tylko na ten trzeci. Co zatem sprawia, że "New Yorker" jest inny? Z pewnością istnieje filozofia pisma, która wymyka się tradycyjnym kategoriom, chociaż daje się zrekonstruować i odczytać na podstawie przykładów. Tylko w ciągu ostatnich 12 miesięcy pojawiło się takich wydarzeń dostatecznie wiele, by odsłonić zasadniczą część filozofii "New Yorkera".

PARTNER W DEBACIE KONSTYTUCYJNEJ

Afera rozporkowa, zippergate. "New Yorker" nie oszalał: wizyta Papieża na Kubie ma okładkę i dominuje w całym wydaniu. Kiedy na pierwszych stronach innych gazet królują Monica Lewinsky, Linda Tripp i Paula Jones, "New Yorker" drukuje świetny esej o lojalności w Waszyngtonie, esej tak dobry, że starczyłoby go na doktoraty z nauk politycznych, etyki i historii najnowszej. Autor "New Yorkera" jako jedyny zadał sobie trud, by sprawdzić, kto pierwszy publicznie, u zarania skandalu, użył słów "impeachment" i "rezygnacja". Prasa? Telewizja? Republikanie? Nie. Najbliżsi współpracownicy Clintona: szef personelu Białego Domu i jego rzecznik prasowy. Dopiero to odkrycie uświadomiło innym komentatorom rozmiary i głębokość kryzysu. Na chwilę, zanim Hillary wzięła sprawę w swoje ręce i propagandowa maszyna Białego Domu nabrała rozpędu, zapanowała groza. Inny artykuł z tego okresu bierze prezydenta w obronę (sic!), odwołując się do prawdziwie ludzkich uczuć. Czy wyobrażacie sobie, bez cienia ironii pytał autor, jakże on musiał kochać tę dziewczynę, skoro zaryzykował dla niej wszystko: prezydenturę, rodzinę, karierę? Czy gazeta, która w końcu musi się sprzedać, może stanąć bardziej z boku, wznieść się jeszcze bardziej ponad niesmaczną aferę, której ze względów ekonomicznych przemilczeć nie może?

Śmierć księżnej Diany. Dla magazynu komentuje ją Salman Rushdie. Pisze o zamiłowaniu do pornografii właściwym naszej kulturze, czy raczej temu, co z niej zostało. Sposób obcowania ze śmiercią (nowe oblicze pornografii), czyjąkolwiek, jaki zademonstrowały media na życzenie swoich klientów, kwalifikuje jednoznacznie; bez potępienia, ale z pogardą. Małe polonicum: dopiero z listopadowej "Polityki" dowiedziałem się, że opublikowany we wrześniowym "New Yorkerze" tekst Rushdiego powstał na jej zamówienie. Szalenie światowo wyglądał ten nagłówek: "Salman Rushdie specjalnie dla »Polityki«".

Kryzys w Zatoce. Saddam nie dopuszcza inspektorów ONZ do kilkudziesięciu podejrzanych obiektów, część prasy pisze o tym, że Clinton sposobi się na małą, zwycięską wojenkę, a inna część maluje ponury obraz globalnego zagrożenia. Mapy, wykresy, Izraelczycy w kolejkach po maski przeciwgazowe. Długie, brzmiące z łacińska nazwy związków chemicznych i śmiercionośnych drobnoustrojów. Nikt nie mówi o detalach, wszyscy wiedzą, że nieliczni są w stanie zabić miliony małą garścią czegoś bardzo taniego. Bioterror nadciąga. W takim momencie "New Yorker" odszukuje byłego szefa programu broni biologicznej byłego Związku Radzieckiego. Doktor Kanatjan Alibekow mieszka pod Waszyngtonem, pracuje w prywatnej firmie konsultingowej. Jest wynalazcą najstraszniejszych plag, nowych generacji śmiertelnych wirusów-mutantów. "Tak - potwierdza mister Ken Alibek - w Rosji prace wciąż trwają i tamtejsi uczeni wciąż emigrują". Jego relacji zawdzięczamy jedyny w pełni wiarygodny opis działania nowych generacji antraxu i smallpoxu oraz pochodzącego z Afryki Wschodniej wirusa o wdzięcznej nazwie Marburg. Wiarygodny opis, z pierwszej ręki, przy tego rodzaju badaniach zawsze przecież zdarzają się wypadki, nieuniknione i pouczające. Piętnastokolumnowy tekst. Dociekliwy. Nieźle, jak na opis tego, co rzeczywiście tkwi pod spodem powszechnej trwogi.

Kolejny przykład: myśleliśmy, że w sprawie Unabombera nic więcej powiedzieć się nie da. Tymczasem "New Yorker" bierze w obronę Teda Kaczyńskiego. Nie usprawiedliwia zbrodni - w końcu zginęli ludzie, ani nie feruje wyroków - od tego jest sąd. Broni prawa Kaczyńskiego do obrony. Istotnie, Kaczyński został go pozbawiony, został ubezwłasnowolniony - bezprawnie, ponieważ owo ubezwłasnowolnienie dokonało się bez udziału biegłych psychiatrów. Kaczyński nie zgodził się na badania psychiatryczne - prawo na to zezwala. Brat Unabombera, David Kaczyński, denuncjując go zawarł z FBI umowę, że oskarżenie nie będzie żądać kary głównej, lecz wystąpi o dożywocie - prawo na to zezwala. Prokurator nie dotrzymał umowy - i na to prawo zezwala. Dla obrony stało się oczywiste, że jedynym manewrem pozwalającym uniknąć krzesła elektrycznego jest przyznanie się do winy z jednoczesnym wskazaniem na niepoczytalność oskarżonego. Kaczyński nie miał ochoty ani na jedno, ani na drugie. W trakcie rozprawy dochodzi do konfrontacji z adwokatami, Kaczyński chce ich zwolnić i bronić się sam. Na to nie zgadza się sędzia - prawo na to pozwala - działając zresztą w dobrej wierze, w przekonaniu, że oznacza to pewną karę śmierci, samobójstwo po prostu. Oskarżony zostaje pozbawiony prawa wyboru linii obrony i możliwości wyboru adwokata. Dyskusja, którą w kręgach prawa akademickiego wywołał "New Yorker", obraca się wokół fundamentalnych kwestii. Granice poczytalności: czy niepoczytalność zaczyna się wtedy, kiedy jednostka zaczyna kwestionować system? Czy wtedy, gdy zabija? Czy kiedy zaczyna świadomie ryzykować, że będzie zabita? A może kiedy wybiera pustelniczy tryb życia? Rozsądna odpowiedź na każde z tych pytań z osobna i na ich koniunkcję brzmi: nie. Prawo do obrony: czy może być stosowane wbrew woli oskarżonego, inaczej mówiąc, czy oskarżony ma prawo chcieć ponieść karę, z karą śmierci włącznie? Jeśli odpowiedź jest twierdząca, to czy nie świadczy to o utracie instynktu samozachowawczego (jednostka ryzykuje, że będzie zabita), czyli niepoczytalności? Koło się zamyka. Prawo staje się zakładnikiem zbrodni i obłąkania - samo na to zezwala. Ilustrowany tygodnik stał się partnerem dyskusji rangi konstytucyjnej.

uwodziciel, aktorka, komik, morfinista

Wyścig mediów trwa. Na czele krzyczące nagłówki i kolorowe okładki, dalej peleton esejów historiozoficznych i uczonych rozpraw. Między pierwszymi i ostatnimi różnica, jak między lustrem i soczewką, różnica co tydzień szacowana na trzy i pół miliona czytelników. "New Yorker", dziwny arbiter, co bierze udział w wyścigu, będąc w głównym nurcie jest zawsze trochę z boku, nie pyta o dystans i metę, ale o przyczynę i cel. Trzecia droga wije się pod spodem rzeczy, zjawisk i charakterów, dociera ze znakiem zapytania, gdzie inni w najlepszym przypadku postawili kropkę, średnik, wykrzyknik, najczęściej zaś po prostu zamieścili reklamę linii lotniczych lub funduszu powierniczego.

Trudno powiedzieć, czy pismo takie może być prawicowe, czy lewicowe, liberalne czy konserwatywne. "New Yorker" bywa bezlitosny dla Demokratów i potrafi nie zostawić suchej nitki na Republikanach. Raz broni Clintona i jego administracji, innym razem zupełnie poważnie rozważa i otwarcie promuje kandydaturę pani Dole w następnych wyborach prezydenckich. Reklamy, które publikuje "New Yorker", wydają się być skierowane do tradycyjnie konserwatywnej wyższej klasy średniej, staroświecko powiedzielibyśmy - do burżuazji. Wystarczy zastanowić się, jak bardzo zbędna jest większość dóbr, które reklamuje i porównać ich ceny z cenami innych, równie doskonale zbędnych dóbr dostępnych na rynku, by wyłonił się obraz czytelnika. Jakaś ultralewacka organizacja założyła w Internecie stale aktualizowaną stronę dedykowaną najgłupszej reklamie opublikowanej przez "New Yorker". W jednej z edycji konkursu zwyciężył produkt opatrzony sloganem "Pływaj w domu" - rodzaj długiej, a głębokiej wanny, w której pompy wytwarzają prąd wody na tyle silny, iż można płynąć w rzeczywistości stojąc w miejscu. Za niewielką dopłatą producent dołączy wodoszczelny regulator prędkości pływania. Z drugiej strony w powszechnej opinii "New Yorker" odbierany jest jako pismo lewicowe (liberalne, demokratyczne, cokolwiek to dzisiaj znaczy), broniące wartości w Stanach kojarzonych z kolejnymi programami Partii Demokratycznej. Czy zatem mamy do czynienia z liberalnym magazynem najchętniej czytanym przez konserwatywny elektorat, czy też z poczytnym konserwatywnym magazynem miarodajnym głównie dla liberalnego elektoratu? Nie wiem. Czasami myślę, że każde dobre pismo musi być trochę lewicowe.

Jaki zresztą miałby być "New Yorker", zrodzony z papierosowego dymu, oparów alkoholu i nie kończących się błyskotliwych bon motów elity nowojorskich dziennikarzy z epoki przed wynalezieniem telewizji? Legenda umieszcza ich w pierwszej połowie lat 20., sadza za stołem w restauracji hotelu The Algonquin. Dorothy Parker, Robert Benchley, Edna Ferber, Harold Ross, Charles MacArthur, Alexander Woollcott, Robert Sherwood, Heywood Broun, John Peter Toohey - w czasach, gdy królowało słowo mówione i pisane, stworzyli formację, która przeszła do historii, choć w samym Nowym Jorku mało kto dziś o nich pamięta. Uczestniczka wojny hiszpańskiej, bohater I wojny światowej, komunizujący krytyk teatralny, scenarzysta, średnio zdolny uwodziciel, aktorka, komik i morfinista - wygnańcy z innych gazet i wolni strzelcy. Nikt nie przypuszczał, że w takim składzie może powstać coś poważnego, że w ogóle może powstać coś, co przetrwa kolejną biesiadę. Spotykali się codziennie na lunch i w zasadzie pili aż do świtu. Nigdy nie zostało wyjaśnione, jakim cudem poranne gazety drukowały wydestylowane z tych rozmów teksty, które tego samego popołudnia przechodziły do klasyki amerykańskiego dziennikarstwa, a po tygodniu trafiały do wypisów celnych powiedzonek na każdą okazję. Szybko stali się atrakcją turystyczną Nowego Jorku, w przewodnikach z tamtego czasu między Wall Street i Ellis Island.

Historia czasopism pisze się redaktorami naczelnymi, mimo że to ich podwładni sięgają po Noble i Pulitzery, zostają ministrami, członkami rozsianych po świecie Akademii lub trafiają do lektur szkolnych. Historia czasopism w Ameryce zna jednak niewiele tytułów, w których zmiana redaktora naczelnego byłaby odnotowana na pierwszych stronach największych gazet w kraju, jak to było przy okazji niedawnej rezygnacji Tiny Brown z kierowania "New Yorkerem". Legenda magazynu sprawiła, że była to wiadomość dnia. (Następcą Brown jest David Remnick, wieloletni autor tego pisma, kilku polskim dziennikarzom znany osobiście z czasów, gdy był korespondentem w Moskwie, a szerokiej publiczności z nagrodzonej Pulitzerem książki "Grobowiec Lenina" - Warszawa, 1997).

Ojcem "New Yorkera" był Harold Ross, w opinii współczesnych ignorant, cham, hazardzista i wizjoner o żelaznej sile woli, który - zajęty pisaniem do działów miejskich gazet małych, najmniejszych i jeszcze mniejszych miast amerykańskiego Zachodu - nie skończył nawet szkoły średniej. Kiedy wybucha I wojna światowa, Ross zaciąga się do armii, by wylądować we Francji, w jednostce reperującej tory kolejowe. Dowiedziawszy się, że sztab generalny planuje powołanie regularnego czasopisma dla żołnierzy, dezerteruje, piechotą dociera do Paryża i w ciągu kwadransa zostaje przydzielony do redakcji "Stars and Stripes", magazynu, który od tamtego momentu, przez następną wojnę, Koreę, Wietnam i Pustynną Burzę cieszy się ogromną popularnością w armii. Nim wojna dobiegnie końca, szeregowiec Ross będzie już redaktorem naczelnym wśród podwładnych dziennikarzy, z których najniższy rangą Alexander Woollcott jest porucznikiem.

Pierwszy numer "New Yorkera", pomyślanego w założeniu jako miejskie pismo humorystyczne, ukazał się 21 lutego 1925 roku w nakładzie 15 tys. egzemplarzy. Magazyn w niewielkim zakresie finansuje z własnych oszczędności Ross, głównym inwestorem jest Raoul Fleischmann, magnat drożdżowy. Ross i Fleischmann poznali się przy pokerze. Fleischmann uwierzył w Rossa, w jego pomysł i szczęśliwą gwiazdę, a także w jego wyliczenia, opiewające na znaczną wówczas kwotę 50 tys. dolarów. Tyle tylko, że po dziesięciu tygodniach nakład wynosi już tylko 3 tysiące, a wpływy z reklam - zero. Ross grą w karty zarabia na wypłaty dla autorów. Fleischmann stopniowo przejmuje udziały Rossa i nim doczeka się pierwszych zysków, przez trzy lata utrzymuje pismo, w sumie inwestując blisko milion (tamtych!) dolarów. W 1985 jego spadkobiercy sprzedadzą "New Yorkera" korporacji Conde Nast należącej do rodziny Newhouse’ów, potentatów prasowych, za 168 milionów dolarów.

100 stron maszynopisu

Nie jest do końca jasne, jak pismo - założone jako humorystyczny tygodnik dla towarzyskiej śmietanki miasta podówczas prowincjonalnego, przez pierwsze ćwierćwiecze kierowane przez nieuka bez poczucia humoru - zgromadziło "stajnię" najlepszych pisarzy, wielu z nich wręcz umożliwiając debiut, wynalazło do dziś uchodzący za najlepszy na świecie Fact-checking Department (dział weryfikacji tekstów, policja dziennikarska albo Ministerstwo Prawdy, dział - zdaje się - nadal słabo znany większości polskich czasopism), wreszcie wyznaczyło standardy współczesnej angielszczyzny, zdobyło pozycję jednego z najbardziej prestiżowych pism literackich świata w obu kategoriach - prozy i literatury faktu. Jakby tego było mało, zaczęło jeszcze przynosić poważne zyski, osiągając 125 tysięcy nakładu w końcu lat 40.

"New Yorker" nie jest wolny od brzydkich zapachów. Bywał uwikłany w skandale i procesy, stał na krawędzi bankructwa, mylił się i manipulował, insynuował i drukował sprostowania "szóstką" na ostatniej stronie. Nikt nie jest doskonały, zwłaszcza przemierzając nie uczęszczaną trzecią drogę. W nowojorskich warunkach to nie jest spacer, lecz taniec z szablami na polu minowym. Miarą niedoskonałości nie jest ilość popełnionych błędów, lecz brak mechanizmu immunologicznego, który tym błędom zapobiega. O ile łatwo o taki syndrom odpornościowy, gdy rezygnuje się ze wszelkich kontrowersji, o tyle jest statystycznie pewne, że musi on czasem zawieść, gdy będzie regularnie wystawiany na próbę. Umiejętność najwyższa to wyjść z kryzysu wzmocnionym, nie rezygnując z własnego oblicza i integralności. I chociaż sporadycznie statystyka dawała znać o sobie, to w ciągu następnych 25 lat magazyn umiejętność tę posiadł, nie zbaczając przy tym z trzeciej drogi.

Ci, którzy mają po domach 50 i więcej kolejnych roczników "New Yorkera", zgodnie twierdzą, że wielka w tym zasługa Williama Shawna, następcy Rossa, który z magazynu kulturalnego uczynił element kultury, mniej lub bardziej przygodnego obserwatora powołał na świadka. To echo wojny, która na dobre wytrąciła Amerykę z sielankowego letargu izolacjonizmu. Po roku 1951, po śmierci Rossa, kiedy to Shawn przejmuje redagowanie tygodnika, nic już nie jest takie samo. Z bronią atomową u nogi, komunistami ante portas, McCarthy’m na Kapitolu, Chruszczowem na Kremlu i Eichmannem w Jerozolimie to jest całkiem inny świat. Sama Ameryka jest inna. Uczy się w bólach istnienia ras, płci i seksu.

William Shawn, który kierował "New Yorkerem" przez jego 36 najświetniejszych lat, był wszystkim tym, czym Ross nie był. Syn żydowskich imigrantów z Rosji, intelektualista o łagodnym usposobieniu, erudyta i samotnik, właściwie odczytuje znaki czasu. Świetnie rozumie, że tkwiąca w XIX wieku formuła magazynu musi ewoluować przy jednoczesnym zachowaniu tych nostalgicznych elementów, które nadały mu własne oblicze. To w tym czasie pismo wkracza na trzecią drogę piórami takich autorów, jak Hannah Arendt, Capote, Salinger, Irwin Shaw czy Lewis Mumford. To za Shawna "New Yorker" odkrywa Europę, jego autorzy docierają wszędzie, z Warszawą włącznie. Wkrótce staje się jasne, jak wielkie ma to znaczenie dla kulturalnej orientacji magazynu. Wreszcie, za panowania Shawna pismo osiąga półmilionowy nakład, pomyślnie i z wielkim wdziękiem łącząc oczekiwania wymagającego czytelnika z kryteriami ekonomicznej racjonalności.

Własne oblicze w przypadku "New Yorkera" to nie tylko jego słynne okładki, warte osobnej wzmianki, ale przede wszystkim teksty o rozmiarach nie do zaakceptowania przez inne magazyny - choćby i 100 stron maszynopisu, jeśli powaga rzeczy lub ranga autora tego wymaga. Dzięki temu swoją drogę do amerykańskiego czytelnika znaleźli Mary McCarthy, Somerset Maugham, Nabokov, Dos Passos, Bellow, Updike, Amis, DeLillo i wielu, wielu innych. Gotowość "New Yorkera" do wydrukowania w całości "Lolity" w chwili, gdy autor borykał się z cenzurą, bigoterią i ostracyzmem wydawców nie jest legendą - jest istotnym elementem integralności i filozofii magazynu.

Kiedy w połowie lat 80. "New Yorker" przechodzi w ręce rodziny Newhouse’ów, jest już najbardziej wpływowym i opiniotwórczym pismem czytającej Ameryki i sporej części świata anglojęzycznego. W 1987 roku, mimo protestów redaktorów, naczelnym zostaje Robert Gottlieb, człowiek Newhouse’ów, wieloletni szef wydawnictwa Random House, flagowca Conde Nast. Dla ówczesnych komentatorów jest to dowód tego, jak wielkie znaczenie wydawca przywiązywał do "New Yorkera". Z punktu widzenia piśmiennictwa, to prawdopodobnie najbardziej bezbarwny okres w historii magazynu. Natychmiast znajduje to wyraz w sytuacji finansowej. Wprawdzie nakład nie spada, ale maleją wpływy z reklamy, pismo zaczyna przynosić straty. Z początkiem lat 90. sytuacja jest już tak poważna, że S.I. Newhouse sprowadza na odsiecz Tinę Brown, która wsławiła się wyciągnięciem z głębokiej zapaści innego magazynu należącego do Conde Nast, "Vanity Fair". Tinie Brown udało się zahamować groźną tendencję o tyle, że straty przestały rosnąć - w ciągu ostatnich trzynastu lat urosły do 100 milionów dolarów, lecz z roku na rok maleją. Nakład wzrósł do ośmiuset tysięcy, a samo pismo dowiodło, że istnieją możliwości rozwoju w przyjętych wcześniej ramach.

Każde wydanie każdego tygodnika przynosi biograficzno-plotkarski tekst o gwiazdach showbusinessu, koronowanych głowach lub postaciach z pierwszej setki magazynu "Fortune". Ludzie lubią to czytać, bez względu na swoje aspiracje intelektualne. "New Yorker" nie stroni od gwiazd, w akcie gorzkiej odwagi potwierdzając, że rozrywka jest formą i częścią kultury. To odkrycie - culture is entertainment - jest być może najpoważniejszym wkładem Tiny Brown do historii pisma. Rozrywka ma jednak wiele znaczeń i form - tu "New Yorker" pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Dla równowagi w swej galerii zamieszcza cykle biograficzne poświęcone dyrektorom najsłynniejszych amerykańskich muzeów, oper i filharmonii! Doświadczenie wyniesione z "Vanity Fair" przekonuje panią Brown, że aby przetrwać, magazyny muszą pisać o ludziach sławnych, pięknych i bogatych. Redaktorzy "New Yorkera" truchleją na myśl, że oto przyjdzie im drukować teksty o blondynkach z przedpołudniowych seriali. Tymczasem Tina Brown przekłada swoje doświadczenia na swoistą kulturę "New Yorkera" i nie znaczy to, że magazyn rezygnuje ze swoich intelektualnych aspiracji lub oddaje zdobytą przez 50 lat pozycję. "New Yorker" inaczej definiuje pojęcie postaci popularnych: nie muszą być sławni, nie muszą być piękni i bogaci, muszą być zdolni. Wart uwagi może więc być wybitny kucharz, krawiec, psychoanalityk czy chirurg; każdy, kto wykonuje swój zawód z polotem, kto daje impuls do rozwoju kultury towarzyszącej jego profesji. Pani Brown wykorzystuje legendę magazynu i całą jego siłę rażenia: nie dlatego "New Yorker" pisze o tobie, że jesteś sławny, lecz jesteś sławny dlatego, że "New Yorker" o tobie pisze.

Na koniec warto pewnie powiedzieć, co się w "New Yorkerze" przez blisko 75 lat nie zmieniło. Tradycyjnie najsilniejszą stroną magazynu są jego recenzenci, którzy wciąż odróżniają - jak mówił Mark Twain - maszynę do pisania od krzesła elektrycznego i tanie efekty od solidnej krytyki. Odnoszę przy tym wrażenie, że jest to w tej chwili jedyne wysokonakładowe pismo, zamieszczające recenzje z filmów europejskich, a nawet z książek dotychczas nie wydanych po angielsku - absolutny ewenement w prasie amerykańskiej, gdzie recenzje w dodatkach literackich bardzo prestiżowych gazet albo służą sprzedaży, albo są jej pochodną, a ich kulturotwórcza rola sprowadza się do zreferowania miejsca na liście bestsellerów.

W kraju, w którym w sprzyjających okolicznościach za erudytę może uchodzić czytelnik "Reader’s Digest", "New Yorker" jest jedynym magazynem o tak dużym zasięgu, drukującym polskich autorów. Miłosz (po Noblu), Szymborska (przed Noblem), Herbert (przed Miłoszem i Szymborską), Kapuściński, wreszcie współpracownica "Tygodnika Powszechnego" - Anna Husarska. Jaka to radość i duma jaka! Zwłaszcza gdy zważyć, że ostatnio najczęściej cytowanym w amerykańskiej prasie rodakiem był ksiądz Jankowski.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: media Clinton dziennikarz New Yorker The New Yorker magazyn gazeta Waszyngton Republikanie Pulitzer