Magdalena Bajer
Nadzieja i pokora uczonych
Konferencja w stulecie odkrycia polonu i radu
Pod koniec XIX wieku wielu fizyków sądziło, że nie mają już nic do roboty. Po tryumfach fizyki klasycznej, newtonowskiej, po odkryciu grawitacji, zdawało się, że istotę budowy i funkcjonowania świata już znamy, dalej zaś można już tylko gromadzić uzupełniające obraz szczegóły. Obowiązywało przekonanie, że atom jest najmniejszą niepodzielną częścią materii.
I właśnie wtedy otwarła się droga w głąb atomu i na rozległe, jak się rychło pokazało, obszary mikroświata. W grudniu 1895 r. dowiedziano się o odkryciu przenikliwych promieni X przez Wilhelma Conrada Roentgena. W lutym następnego roku Henri Becquerel odkrył naturalną promieniotwórczość. Sto lat temu zaś Maria Skłodowska-Curie, wraz z mężem Piotrem Curie, odkryłą pierwiastki promieniotwórcze: polon (lipiec 1898) i rad (grudzień 1898). Było to przekroczenie progu, za którym odsłonił się nowy horyzont.
Sali Balowej warszawskiego Zamku Królewskiego, urządzonej wedle pomysłu ostatniego naszego króla, który obyczajem epoki Oświecenia chwalił rozum, usłyszałam niejedno o tym, jak w ciągu stu lat dzielących nas od odkryć małżonków Curie uczeni nabywali pokory. 17 września w Zamku rozpoczęły się bowiem obrady międzynarodowej konferencji poświęconej "Odkryciu polonu i radu. Naukowym oraz filozoficznym skutkom, a także dobrodziejstwom i zagrożeniom z tymi odkryciami związanymi". Przyjechało kilkunastu noblistów, wielu wybitnych uczonych z Polski oraz innych krajów - fizyków, chemików, lekarzy, biologów, filozofów, socjologów, naukoznawców. Przez cztery dni była sposobność do pytania o zmiany w naukowym podejściu do świata i w samym obrazie świata, o to, co ludzkość zyskała, a czego zaczęła się lękać, i o zagadnienia, które ogniskują dzisiaj uwagę badaczy.
Fascynująca jest kronika odryć naukowych XX wieku, także tych, które tylko pomnażają wiedzę szczegółową, niekoniecznie czyniąc rewolucję w myśleniu. Choćby w dziedzinie badania mózgu ludzkiego powstaje podobno około 50 tysięcy prac każdego roku. Nawet jeśli niektóre powielają się, jest to liczba zadziwiająca.
Jeśli jednak mówimy o dorobku myśli w XX wieku, to najistotniejszy wydaje się przełomowy zwrot - od nadziei na poznanie wszystkiego ku przekonaniu, że to nigdy nie nastąpi. Zwrot, jaki wywołała teoria względności i mechanika kwantowa, a zapoczątkowały owe odkrycia, którym poświęcono spotkanie uczonych z całego świata.
Już na początku naszego stulecia okazało się, że i mikroświat, i kosmos są zupełnie inne niż dotąd sądzono, a równocześnie uczeni przekonali się, że ich zasady opisywania świata nie są odpowiednie do tego, co opisać pragną. Ernest Rutherford, autor fundamentalnych prac z dziedziny promieniotwórczości, mówił, że "trzeba zaczynać od początku". Pytałam o przejście od determinizmu mechanistycznego, zakładającego, że jeśli znamy warunki początkowe i zasady ruchu, to potrafimy powiedzieć, co się wydarzy, do statystycznego, tj. do przekonania, że jesteśmy w stanie przewidzieć jedynie prawdopodobieństwo, a przyszłe zdarzenie zawsze naszym przewidywaniom zaprzeczy, gdyż spełni się tylko jedna z przewidzianych możliwości. Usłyszałam, że Pan Bóg gra w szachy stworzonym światem, a nauka zbroi się w coraz doskonalsze narzędzia, żeby Go podglądać.
Czy więc uczeni w ciągu XX wieku nabrali pokory? Moi rozmówcy potwierdzali to, przywołując i drugie - pozafilozoficzne - źródło owej przemiany, tj. skonstruowanie oraz użycie bomby atomowej w 1945 r. Istniejące dziś arsenały broni nuklearnej są prawymi, choć niechcianymi, dziećmi odkryć sprzed stu lat. Na przeciwnej szali położyć trzeba osiągnięcia radioterapii, lecznicze zastosowania izotopów, ich użycie do datowania wykopalisk, energetykę jądrową i tysięczne dobrodziejstwa, jakie zawdzięczamy naukom przyrodniczym. Jednak ciężar tej drugiej szali, nawet gdyby przeważyła, nie umniejsza odpowiedzialności uczonych za pierwszą - tak zrozumiałam liczne wypowiedzi na otwarciu konferencji i podczas specjalnej sesji temu zagadnieniu poświęconej.
Pytani w kuluarach fizycy, chemicy, biologowie nie wierzyli w możliwość jakiegokolwiek samoograniczenia badań. Musi natomiast zacieśnić się więź między ludźmi nauki i ludźmi polityki, a także ludźmi biznesu, którzy decydują o zastosowaniu wyników osiągniętych w laboratoriach i dają na to pieniądze. Co do tego w świecie naukowym panuje zgoda; obok wiary, może naiwnej, w działanie rozmaitych komisji etycznych złożonych z największych intelektualnych oraz moralnych autorytetów. Z pewnością "odpowiedzialna obecność w społeczeństwie" jest nowym rysem kondycji uczonych, który w nadchodzącym stuleciu stanie się bardziej wyrazisty.
Rocznicowy pretekst spotkania skłaniał raczej do bilansów niż do futorologii. Pytałam jednak także o oczekiwania. Fizycy oczekują wielkiej unifikacji, potwierdzenia tzw. standardowego modelu, który ją częściowo spełnia, rozstrzygnięcia kwestii masy neutrina - cząstki, którą najpierw przewidziano teoretycznie, a potem dopiero "znaleziono" w eksperymencie - i odpowiedzi na pytanie (do czego wymienione zagadnienia zbliżają), czy Wszechświat będzie się rozszerzał bez końca. Chemicy badają podobne kwestie ogólne właściwymi swojej dziedzinie metodami, uprawiając także "chemię klasyczną". Matematyka - wszystko to nieuchronnie upraszczam - opisuje świat równaniami, tworzy modele, które pomagają rozpoznawać świat widzialny.
Nadzieje oraz trwogi uczonych związały się najmocniej z biologią, dokładniej zaś z badaniami zdążającymi do uzyskania jak największej wiedzy o człowieku. Powtarzało się uparcie określenie XXI wieku jako ery biologii molekularnej, której postępy naznaczą nasz przyszły los.
W porównaniu ze strukturą materii nieożywionej, z takimi jej układami jak atom, układy biologiczne, różne struktury subkomórkowe są nieskończenie bardziej skomplikowane. Jeden z fizyków powiedział, że "wystarczą" jako obszar poznania na kilka stuleci. Pokora uczonych każe wstrzemięźliwie odpowiadać na pytanie, czy kiedykolwiek poznamy zagadkę życia. Jednocześnie już istniejące możliwości inżynierii genetycznej, w tym klonowania ludzi, obarczają uczonych obowiązkiem zakreślania granic dopuszczalnych poczynań z materią żywą. Czy można by uchylić - a musieliby to zrobić sami uczeni - jedną z norm obowiązujących w tym środowisku, mianowicie nakaz ogłaszania wyników? Nikt nie widział w tym remedium na zagrożenia, choć ich istnienie powszechnie uznano. Powstrzymanie się od publikacji jest równie nierealne jak zaprzestanie badań, choć można sobie wyobrazić powstrzymanie się okresowe, wtedy gdy w jakimś społeczeństwie górę bierze głos ludzi nieodpowiedzialnych, tam gdzie panuje totalitaryzm itp.
Wielu uczestników konferencji ubolewało, że tak niewiele istotnych problemów naukowego podejścia do świata przenika szerzej w umysły społeczeństwa. Gdyby nadzieję i pokorę, jakie związane są ze zgłębianiem tajemnic stworzenia, udało się zaszczepiać większej liczbie ludzi, odpowiedzialność uczonych za wykorzystanie wyników ich pracy byłaby mniejsza, a właściwie mniej potrzebna. Może warto się starać o upowszechnianie mądrości, która nie jest prostą sumą wiadomości, lecz wiedzą naznaczoną nadzieją i pokorą zarazem?
wyślij znajomym |
|
|


wyślij znajomym