Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Ks. prof. Paul M. Zulehner, Marek Zając

Trzeba ruszyć głową

Ks. prof. Paul M. Zulehner:
Czas mas się skończył, ale Kościół nie musi wpadać w panikę. Przecież wierzy, że Bóg wraz ze wszystkimi ludźmi zmierza ku dobremu finałowi.

Marek Zając: Czy chrześcijaństwo w Europie umiera?

Ks. prof. Paul M. Zulehner: Nie, chrześcijaństwo nie umiera, ale Kościoły znalazły się w okresie głębokiej przebudowy. Era Konstantyńska — gdy państwo, Kościół, społeczeństwo i kultura były najściślej ze sobą splecione — definitywnie dobiegła końca. Jak ujął to socjolog Peter L. Berger, religia przestała być przeznaczeniem, a stała się wyborem. Posługując się grą słów, można powiedzieć, że jedni wybierają się poza Kościół, podczas gdy inni — wybierają się do Kościoła.

To, że z taką wolnościową kulturą można dobrze żyć, udowadnia Ameryka Północna. „Bóg dał nam wolność” — czytamy w tekstach pojawiających się już podczas prac nad Konstytucją USA. Stwórca znalazł więc swoje miejsce w wolnym kraju. Ale Stary Kontynent musi się tego dopiero nauczyć — dlatego że wolna Europa powstała niegdyś wbrew gwałtownemu oporowi, zwłaszcza ze strony Kościoła.

Czy jednak na Południu, a przede wszystkim na Wschodzie kontynentu sytuacja nie jest lepsza niż na Zachodzie?

Wschód miał przewagę, bo tamtejszy Kościół... cierpiał prześladowanie. Stracił całą władzę społeczną i był ostatnią ostoją wolności. Ludzie wiedzieli, że kto zgina kolana przed Bogiem, nigdy nie zegnie ich przed partią. Klasycznym przykładem mocy, którą charakteryzuje się prześladowane chrześcijaństwo, były słowa Jana Pawła II na warszawskim Placu Zwycięstwa w 1979 r. Oczywiście teraz otwarte pozostaje pytanie, czy po demokratycznym przełomie Kościół konfrontujący się z wywalczoną wolnością zachowa tamtą siłę.

Z kolei w północnych i południowych krajach Zachodu dostrzec można różnice, które mają wiele do czynienia z konfesyjnym zabarwieniem ich kultury. Kultury protestanckie mają  dolę lżejszą, a zarazem cięższą. Lżejszą, bo cenią sobie wolność jednostki, i cięższą, bo mają zbyt mało siły, która potrafi budować więzi; protestantyzmowi po prostu brak trwałego doświadczenia Kościoła. Kto zaś w nowoczesnych kulturach chce być chrześcijaninem, potrzebuje poczucia solidarności z innymi w wierze. To dlatego katolicyzm jest zasadniczo silniejszy, choć sam też w coraz większym stopniu się protestantyzuje, gdy wszędzie wokół słabną więzi międzyludzkie.

Weźmy przykład Irlandii, gdzie Kościół katolicki zmiotły skandale związane z molestowaniem i przemocą wobec nieletnich. Czy tym samym nie okazało się, że tamtejsza wiara była płytka?

Irlandia to dobry przykład transformacji, którą katolicyzm przechodzi w nowoczesnych kulturach. Ta przebudowa nastąpiłaby nawet bez skandali seksualnych. Znamiennym przypadkiem jest tu Hiszpania. Skandale przyspieszają proces, ale nie są jego przyczyną.

A relatywizm, przed którym tak często przestrzega Benedykt XVI? Czy jest aż tak wielkim zagrożeniem dla Kościoła?

Relatywizm jest w pierwszym rzędzie zagrożeniem dla samego człowieka. Zagraża tożsamości osoby. Koniec końców ludzie nie wiedzą już, kim są i na czym polega dobre życie. Luter oświadczył: „Tu stoję, inaczej nie mogę”. Nowoczesny człowiek mówi: „Tu stoję, ale w każdym momencie mogę inaczej”. Ta postawa nie pozwala ani długo stać, ani wytrwać. To też jeden z powodów, dla których zarówno w polityce, jak i w Kościele obserwujemy „zwrot na prawo”. Ludzie są sceptyczni wobec takiej wolności i szukają stałości, oparcia. Przyszłość nie należy do relatywizmu, ponieważ szkodzi on człowiekowi, nie Kościołowi.

Europejczycy coraz rzadziej chodzą na Msze, ale czy to znaczy, że nie doświadczają już Boga?

Badania w Czechach i wschodnich Niemczech pozwalają przypuszczać, że pod wpływem zmian kulturowych wielu ludzi straciło dostęp do głębokiego, pierwotnego daru religijnego. To oczywiście nic nie zmienia w naszym chrześcijańskim przekonaniu, że — jak pisała św. Teresa z Ávili — Bóg mieszka w najgłębszym wnętrzu każdego człowieka. Tylko czy Kościół nie poświęcał zbyt mało uwagi temu duchowemu poszukiwaniu Boga przez ludzi i czy nie dał się użyć do roli dostarczyciela moralności dla społeczeństw cierpiących na etyczne braki?

Przed kilkoma laty mówił nam Ksiądz Profesor, że spada liczba regularnie chodzących do kościoła, ale rosną szeregi sympatyków chrześcijaństwa. Kim są ci ludzie?

Dziś nie brakuje tych, którzy w połowie życia chcą się na nowo ukierunkować. Wielu wybiera się na duchowe poszukiwania. Jeżeli Kościół odda im do dyspozycji odpowiednie miejsca i dobrych „chrześcijańskich guru” — jak w 1975 r.
pisał Karl Rahner, a co dziś coraz częściej ma miejsce w różnych klasztorach, na szlakach pielgrzymkowych czy w centrach edukacyjnych — wtedy niektórzy odnajdą drogę do zaangażowania w chrześcijańską duchowość. Także młodzi ludzi orientują się, że to, co oferuje im kultura dnia codziennego, jest nieraz strasznie banalne i skomercjalizowane. I ta refleksja zmienia ich w — by użyć określenia socjolożki religii Danièle Hervieu-Léger — duchowych pielgrzymów nowoczesności.

Ale jak tych ludzi traktować z duszpasterskiego punktu widzenia? Czy uważać ich za część Kościoła, skoro np. nie przystępują do Eucharystii?

Stosunek ludzi do Kościoła jest dziś niezwykle zróżnicowany. Niektórzy należą do wewnętrznego kręgu zaangażowanych; nigdy Kościół nie miał tylu wolontariuszy co teraz. Inni uczestniczą sezonowo, w chwilach życiowych przełomów, podczas wielkich uroczystości jak Nowy Rok albo w sytuacjach kryzysowych: podczas trzęsień ziemi, masakr, katastrof. Są też trzymający pewien dystans sympatycy. Ich postawę można porównać do stosunku do związków zawodowych: sami wprawdzie z reguły do nich nie należymy, ale oczekujemy, że będą wykonywać dobrą robotę na rzecz wszystkich pracowników. Ze strony Kościoła trzeba wobec takich ludzi prezentować poszanowanie dla wolności osoby, chrześcijańskie życie w publicznie widocznych wspólnotach, dobrą obecność w mediach oraz rzetelną współpracę sióstr i braci w tych obszarach kultury i społeczeństwa, gdzie przez konkretne działanie można w ludzką egzystencję wplatać Ewangelię.

Od wieków czytamy i głosimy tę samą Ewangelię. Chrystus żyje, a Duch wieje, kędy chce. Dlaczego my, chrześcijanie Europy, przestaliśmy być skuteczni?

 Kościoły Starego Kontynentu muszą się przyzwyczaić do faktu, że czas mas się skończył. Nie będą już ramię w ramię z panującymi nawracać i chrzcić tłumów. To za każdym razem będzie osobista decyzja człowieka włączonego w mocno zróżnicowane otoczenie. Równocześnie Kościół uczy się dziś myśleć „uniwersalnie”. Bóg działa, dąży do zbawienia każdego człowieka, którego stworzył; ateisty, buddysty, muzułmanina, chrześcijanina.

Jaki stąd wniosek? Otóż w obliczu pikujących statystyk Kościół nie musi wpadać w zbawczą panikę, bo przecież wierzy, że Bóg i tak wraz ze wszystkimi ludźmi zmierza ku dobremu finałowi. Zadaniem Kościoła jest żyć ową głęboką prawdą o egzystencji człowieka, żyć widocznie i przekonująco we wspólnotach wiary, a także zapraszać ludzi, by znaleźli własną drogę — pytając przy tym, czy Bóg nie potrzebuje ich dla swego Kościoła. Powinniśmy pamiętać, że zbawienia Bóg chce dla wszystkich, natomiast dla Kościoła nie potrzebuje wszystkich. Do tego zawsze wybierał sobie jeden tylko naród — Izrael; a teraz potrzeba Mu swego Kościoła. Kościoła, który jest solą ziemi i światłością świata, czy też, jak celnie sformułował to Sobór Watykański II, znakiem zbawienia dla wszystkich.

Wobec masowego odpływu wiernych kard. Christoph Schönborn z Wiednia,  przygotowuje dla archidiecezji pakiet reform. Jakie są jego najważniejsze cele?

Kardynał robi to, co robią wszystkie diecezje Europy skonfrontowane z brakiem wiernych, księży i pieniędzy: zmniejszają kościelną administrację, a jednocześnie zwiększają przestrzenie duszpasterskie stosownie do rzednących szeregów duchownych. Tyle że badania pokazują, że takie działanie przyspiesza proces kurczenia się kościelnych wspólnot. Tylko nieliczni hierarchowie, jak Albert Rouet z Poitiers, idą inną drogą. Abp Rouet stawia na zaangażowanie świeckich, którzy tworzą communautés locales i są odpowiedzialni za ich funkcjonowanie.

   Inny biskup, Fritz Lobinger pracujący w RPA, ale urodzony w Niemczech, proponuje, by w ramach wspólnot lokalnych wybierać tzw. starszych, kształcić ich i wyświęcać, tworząc Team of Elders. Ale do takich innowacji brak dziś odwagi zarówno Kościołowi powszechnemu, jak większości lokalnych biskupów. W dużo większym stopniu stawia się na ograniczanie obecnego, skoncentrowanego na duchownych, modelu administrowania Kościołem. Czy to ma przyszłość? Myślę, że brak nam właśnie innowacyjnego myślenia.

Takie eksperymenty mogą jednak rodzić konflikty. Ostatnio w Austrii wybuchł spór między tzw. Inicjatywą Księży a biskupami. Duchowni stoją na stanowisku, że Kościół trzeba radykalnie reformować, by nie tracić wiernych. Kard. Schönborn odpowiada, że musimy chronić przede wszystkim prawdziwą wiarę...

Inicjatywa składa się z najlepszych duszpasterzy Austrii. Cieszą się oni dużym szacunkiem, są blisko ludzi, mają kontakt z ich codziennymi radościami i smutkami. Są sercem i uchem Kościoła. Trzeba też zauważyć, że w ostatnich dziesięcioleciach po cichu rozwijało się w parafiach nowe duszpasterstwo. Spotkania ekumeniczne stały się czymś zwyczajnym. Rozwiedzeni, którzy ponownie zawarli małżeństwo, przystępują do sakramentów i pracują charytatywnie. Wrażliwi księża czują, że wytworzyła się przepaść między tym, co w parafiach rozwinęło się z ducha Ewangelii, a tym, co kościelne władze głoszą z urzędu. Inicjatywa odsłoniła tę przepaść, by ją zmniejszyć, względnie — by się jeszcze nie pogłębiła ze szkodą dla hierarchów. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo, że lokalnie rozwinie się duszpasterstwo bez biskupów, co długofalowo nie byłoby dla Kościoła dobre.

A zagrożenie schizmą?

Walka o spłycenie przepaści, którą opisałem, nie doprowadzi do schizmy, a już na pewno nie w Austrii. Tam czyni się wiele, by przezwyciężyć już narastający podział. Austriacka mentalność nie wyda z siebie nowego Lutra. Wspólnymi siłami znajdziemy dobre wyjście.

Ale konflikt w Austrii pokazuje jeszcze inny problem współczesnego Kościoła. Człowiek musi słuchać swego sumienia — twierdzą zwolennicy Inicjatywy. Biskupi ripostują, że sumienie musi być „dobrze ukształtowane”. Co to znaczy? Jak daleko sięgają granice posłuszeństwa w Kościele?

Wielka szkoda, że w Austrii rozpętano debatę o posłuszeństwie, zamiast zwrócić się ku potrzebom duszpasterskim. Bez wątpienia współwinni są sami księża, którzy ogłosili „Wezwanie do nieposłuszeństwa”. Lepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby przekaz sformułowali tak: „My już nie postulujemy, my działamy. Skończył się czas żądań. Zamiast słów przechodzimy do czynów. Rewolucja zamiast rezolucji”. Księża oświadczyli, że — opierając się na Ewangelii — będą działać po swojemu. Dokładnie to, i tylko to przynosi efekt. Także u przełożonych.

Zostawmy na moment problemy Europy.Abp Henryk Hoser, gdy był jeszcze sekretarzem Kongregacji Ewangelizacji Narodów, mówił „Tygodnikowi”, że „Bóg przeprowadził się na Południe”. Czy przyszłość chrześcijaństwa leży w Azji?

Takie stanowisko prezentowali także papieże, Jan Paweł II i Benedykt XVI (w liście do katolików w Chinach z 2007 r.). Jestem jednak przekonany, że Bóg nie porzuci żadnego kontynentu. Natomiast w poszczególnych częściach globu zmienić się mogą postać Kościoła i forma ewangelizacji. I gdyby tak się stało, sensownym posunięciem byłoby podniesienie kontynentów do rangi patriarchatów jednego światowego Kościoła i umożliwienie im samodzielnego rozwoju. Zresztą Kościół w Ameryce już charakteryzuje się innym sposobem życia niż ten w Afryce.

Kłopot w tym, że dotychczasowe nadzieje na rozkwit katolicyzmu poza Europą okazały się przesadzone. Przez dziesięciolecia powtarzano, że Afryka to nasza przyszłość, ale takie wydarzenia jak ludobójstwo w Rwandzie każą pytać, na ile głęboka była tamtejsza ewangelizacja. Na północy Afryki w siłę rośnie islam. Z kolei Kościół południowoamerykański musi konkurować z mnożącymi się sektami.

Kościoły chrześcijańskie w jeszcze większym stopniu niż dotąd będą musiały żyć z innymi religiami i ruchami religijnymi. Pod tym względem trzeba nam jeszcze sporo teologicznego namysłu. Z taką refleksją spotykam się dziś szczególnie często w Indiach. To wielka sztuka połączyć powszechną wolę zbawczą Boga z centralnym znaczeniem Jezusa Chrystusa. Nie chodzi zresztą o wchłonięcie innych religii, ale poszanowanie dla niezawodnego działania Ducha Bożego w tychże religiach. W Asyżu Jan Paweł II uczynił w tym kierunku ważny krok swoją modlitwą w intencji pokoju.

Jakie będzie oblicze chrześcijaństwa bez Europy? Przecież niemal cała teologia jest zakorzeniona w tradycji i filozofii Starego Kontynentu. Wystarczy sprawdzić, ile kłopotów z Kongregacją Nauki Wiary mają wspomniani teologowie z Indii.

Jeżeli chrześcijaństwo będzie się uniwersalizowało, tym samym będzie się deeuropeizować, ale nie musi wcale stracić swego bogactwa, na które składają się dwa tysiące lat historii naszego kontynentu. Jednak tu konieczny jest głęboki dialog wszystkich religii Abrahamowych, a następnie także innych wielkich światowych religii. Teologia religii musi znajdować się na wysokim miejscu w planach badawczych teologii w ogóle i znajdować wsparcie teoretyczne, a jeszcze w większym stopnie praktyczne u władz Kościoła. Proszę mi wierzyć, że wizyta Jana Pawła II w Meczecie Ummajadów w Damaszku była równie ważna jak studia indyjskich jezuitów nad religijnym pluralizmem.

Kościelne statystyki muszą straszyć po nocach niejednego biskupa z Europy. Ale nie brak też tych, których spadek liczby wiernych cieszy. Twierdzą, że oto wracamy do początków chrześcijaństwa: wspólnoty będą małe, ale świadome.

Bez względu na wielkość Kościoły zawsze będą grzeszne. To dlatego mówimy: Ecclesia semper reformanda, a zawsze potrzebne są reformy i członków, i głowy. Nie żywiłbym nadziei na rzekomo czystą i świętą „małą trzódkę”.

Często się mówi, że kardynałowie wybrali na papieża Josepha Ratzingera, by po raz ostatni zawalczyć o chrześcijańskie oblicze Europy. Benedykt XVI poniósł porażkę?

Papież ma ogromne zasługi dla chrześcijaństwa w Europie. Jego walka dla zachowania prawdy o człowieku jest doceniona, a sceptycyzm wobec radykalnego relatywizmu podziela wielu. Poza tym ów człowiek w bieli uchodzi za nieprzekupny autorytet moralny w kwestiach godności człowieka, świętości życia, sprawiedliwości jako jedynej drogi do pokoju i dialogu z religiami (przede wszystkim z islamem) — bez którego mogłoby dojść do zderzenia nie tylko cywilizacji, ale też właśnie religii.

A jak przedstawia się przyszłość Kościoła w Polsce? Będziemy samotną zieloną wyspą na oceanie kościelnego kryzysu?

Kościół w Polsce dysponuje zdumiewającym potencjałem. Katolicyzm jest głęboko zakotwiczony jako symbol waszego narodu. Jednak europeizacja kraju i związana z nią modernizacja ekonomiczna i społeczna są wyzwaniem dla kultury, a tym samym i dla waszego Kościoła. Należałoby sobie życzyć, aby Kościół w Polsce uczył się na błędach wspólnot Zachodu, które zbyt długo stawiały na to, że chrześcijaństwo jest przeznaczeniem, a nie przedmiotem wolnego wyboru. Na tej drodze będzie mógł sobie pozwolić na nowe, własne już błędy. 

rozmawiał Marek Zając

Ks. prof. PAUL M. ZULEHNER (ur. 1939) jest emerytowanym dziekanem Wydziału Teologii Katolickiej Uniwersytetu Wiedeńskiego. Autor publikacji o religijności w Europie oraz sytuacji Kościołów, prowadził badania porównawcze nad socjologią religii w Europie Środkowej. Jest jednym z najbardziej znanych austriackich duchownych. W Polsce ukazała się jego książka „Schronienie dla duszy” (W drodze, 2006).

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: duchowość Kościół Katolicki Europa chrześcijaństwo relatywizm moralność etyka wiara życie sakramentalne dziekan Paul M. Zulehner Wydział Teologii Katolickiej Uniwersytetu Wiedeńsk zaangażowanie świeckich