Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Kto posiada prawdę

Ks. prof. Grzegorz Ryś, historyk Kościoła:
Po co nam w Kościele etykiety?
Kiedy wiarę zastępujemy rzeczami nawet najświętszymi, ale rzeczami
— jesteśmy na drodze do ideologizacji i z wiary robimy sztandar.

Maciej Müller, Tomasz Ponikło: Co to znaczy „katolicyzm otwarty”?

Ks. Grzegorz Ryś: Mówi się tak, wskazując na kontrast w odniesieniu do sytuacji katolicyzmu, a zwłaszcza papiestwa w XIX wieku — „zamkniętego” i „odgrodzonego” od nowoczesnego, budowanego na fundamencie liberalnych haseł świata. W sferze znaku wyrażało się to m.in. nieudzielaniem „Miastu i Światu” błogosławieństwa przez nowo wybranych papieży — nawet uważany powszechnie za przełamującego bariery papież Leon XIII nie zdecydował się na ten gest „otwarcia”.

Jakie były przyczyny tego zamknięcia?

Początków możemy szukać w dramatycznym prześladowaniu Kościoła przez Rewolucję Francuską, z której wiek XIX się zrodził, następnie w antypapieskich wystąpieniach doby Wiosny Ludów i wreszcie w walce o zjednoczenie Włoch, zakończonej odebraniem papieżom ich ziemskiego państwa.

Kościół „obraził się” wtedy na rzeczywistość, kwestionującą jego doczesne dominium, a także na nowoczesność, na socjalizm (i tu słusznie!), na rozwój nauki, a także wszystko to, co podkłada się pod słowo „liberalizm”. Urwał się dialog: nie było spotkania między Kościołem a światem, królowało poczucie zagrożenia. Strategię wyznaczały takie dokumenty jak encyklika „Quanta cura” Piusa IX (1864) i wydany wraz z nią „Syllabus błędów”, czy też słynny „Indeks ksiąg zakazanych”. I znów: jeszcze Leon XIII opublikował jego nową, „uaktualnioną”, tzn. poszerzoną wersję.

Główną zasadą katolicyzmu stał się ultramontanizm: zwarcie szeregów, konserwatyzm, jedność z papieżem — więźniem Watykanu. Na prawie sto lat Kościół skoncentrował się na defensywie, skupiał uwagę na sobie, na obronie samego siebie, a nie na... Bogu.

Jak na zmianę tego podejścia wpłynął Sobór Watykański II?

Nawet przy założeniu, że „nie rzuca się pereł przed wieprze” — Kościół istnieje nie dla siebie, lecz dla świata. I tak zdefiniował się na Soborze: mówiąc, że jest „jakby sakramentem” — to znaczy „znakiem” i „narzędziem” wewnętrznego zjednoczenia każdego człowieka z Bogiem oraz (!) jedności całego rodzaju ludzkiego. Tak więc Kościół jednoznacznie określił swój cel poza sobą, a siebie zaczął traktować jako środek do tego, by ludzie na całym świecie byli bliżsi Bogu i sobie wzajemnie. To zjednoczenie — sakrament powszechnej jedności — wytwarza się bowiem na drodze zjednoczenia z Bogiem; bo wiara polega na relacji człowieka z Bogiem przeżywanej na sposób osobisty i indywidualny, ale we wspólnocie.

Sobór nauczał też o „słusznej autonomii” rzeczywistości i stworzenia. Polityka, gospodarka, struktury społeczne, nauka i kultura — mogą (powinny!) się rządzić własnymi prawami. Ta autonomia kończy się dopiero tam, gdzie człowiek miałby pokusę zapomnieć o etycznym wymiarze każdego ze swoich czynów. Wówczas Kościół ma pełne prawo zabrać głos — w obronie moralności (co zresztą jest równoznaczne z obroną godności człowieka). Jest to jeden z wymiarów dialogu, jaki Kościół winien prowadzić ze światem.

To jest otwartość. I na tym polega ewangelizacja.

A jeśli spotykamy się z innymi religiami, to też jest to ewangelizacja?

Dlaczego nie? Zawsze chodzi o ewangelizację. Ona przyjmuje różne formy. Dialog nie oznacza, że rezygnujesz z tego, co jest misją. Nie mówimy, że Kościół w równym stopniu uobecnia się wszędzie; więc to, że można się zbawić w innych religiach, nie oznacza, że głoszenie chrześcijaństwa przestało być sensowne. Jedno z drugim się nie kłóci. Otwartość nie oznacza, że stwierdzimy nowocześnie: wszędzie jest równie dobrze. Oczywiście, Pan Bóg nie związał sobie rąk, ustanawiając Kościół i porządek sakramentalny; ma moc i możliwość działać „wszędzie” — w Kościele wszakże i poprzez sakramenty działa z całą pewnością! Szacunek dla czyichś poglądów religijnych nie oznacza, że nie możesz prezentować Ewangelii. Jan Paweł II był tu precyzyjny: w Asyżu przedstawiciele każdej religii modlili się na jednym miejscu, ale jednak osobno. W poczuciu wspólnoty, ale także w pełnej prawdzie o tym, co nas dzieli. We wzajemnej otwartości — zgodnie z tym, co mówi Tomasz z Akwinu: „każda prawda — przez kogokolwiek powiedziana — pochodzi od Ducha Świętego”.

Taka otwartość była w średniowiecznych misjonarzach, którzy uważali, że dusza ludzka jest naturaliter Christiana. Mieli wyczucie, że w poganinie (w jego duszy) tak naprawdę jest jakaś ukryta wiara — jakaś prawda (i doświadczenie) o Tym, co Boskie. Ostatecznie więc mieli w sobie przekonanie, że spotykają człowieka sobie bliskiego (należącego do „innych owiec” Chrystusa), a nie wroga.

Zamknięcie wynika z lęku. A Chrystus, kiedy nakazywał uczniom: „nie bierzcie w drogę laski”, podkreślał przecież, żeby nie traktować innego człowieka jako kogoś, przed kim trzeba się bronić (bo po to w czasach Jezusa zabierano w podróż laskę: by się oganiać przed napastnikami).

Wszystko to może jednak prowadzić na ścieżki tak piętnowanego przez Kościół relatywizmu...

Żeby wyjść naprzeciw drugiemu i w rozmowie z nim nie rozmyć własnej tożsamości, trzeba wiedzieć, kim się jest i jakie ma się poglądy. Paweł VI w adhortacji „Evangelii nuntiandi” wskazał dwa elementy ewangelizacji: dialog i świadectwo. A ten papież raczej nie jest ikoną tzw. postępowców. Nikt rozsądny nie oskarży go o niezrozumienie Soboru. Ewangelia staje się pociągająca poprzez to, w jaki sposób nią żyjemy. A jeśli w naszym postępowaniu i słowach rozmówcy dostrzegą raczej ducha kodeksu karnego niż Ducha Bożego — na taką misję ewangelizacyjną będziemy musieli zabrać także miecz.

Chrystus może być modelem otwartości?

Nie tyle może, co nim jest w stopniu najdoskonalszym. Otwartość Chrystusa wyrażała się m.in. w łamaniu kulturowych (także obwarowanych religijnym prawem) barier: wśród Jego uczniów były kobiety, nieczystej Samarytance jako pierwszej objawił, że jest Mesjaszem. Wysłał uczniów do wszystkich narodów, przez co przełamał barierę dzielącą Żydów i pogan. Ale najistotniejsza była jego otwartość na grzeszników. Nie miał sekciarskiej chęci gromadzenia wokół siebie ludzi wyłącznie doskonałych. Rozmawiał z każdym. Z rzymskim oficerem — wrogiem i poganinem, którego nazwał wzorem wiary. Z faryzeuszami, do których przychodził na każde zaproszenie. Ci za każdym razem go wyrzucają, osądzają, poniżają — a On przyjmuje każde kolejne zaproszenie. Wielokrotnie jako wzór wiary wskazywał Samarytan (heretyków) lub celników (uważanych powszechnie za złodziei).

Ale w końcu nie wytrzymuje i mówi o „grobach pobielanych”.

W chrześcijaństwie upomnienie jest dziełem miłości, a nie odreagowaniem gniewu. Czasem nie da się dotrzeć do człowieka inaczej — oczywiście chodzi tu o ocenę nie jego samego, ale jego czynów. A kiedy wiarę zastępujemy rzeczami nawet najświętszymi, ale rzeczami — jesteśmy na drodze do ideologizacji i z wiary robimy sztandar.

Co powinno być odpowiedzią na atak?

Przyjęcie ze spokojem zniesławienia. O Chrystusie mówili, że jest żarłokiem, pijakiem, przyjacielem celników i grzeszników, w końcu zabito Go w najbardziej hańbiący sposób.

Obrona do ostatniej kropli krwi swoich racji — po co to? Nie taką drogą dokonało się  zbawienie. Ostatecznie zawsze chodzi o zmaganie z grzechem, złem, które atakuje człowieka. Chrystusa to zmaganie bolało fizycznie. Nie można w nieskończoność tłumaczyć, że się nie jest wielbłądem, ale trzeba skupić się na tym, co się robi. Chrystus na zniewagi nie odpowiadał, nie skupiał się na sobie — a to właśnie bywa największą pokusą nas jako Kościoła.

Kiedy na nowo pojawiła się w Kościele postawa zamknięcia?

Sobór wcale nie został przepracowany jak należy... Ale kiedy spojrzymy na zjawiska zrodzone wprost z ducha soborowego, jak Ruch Światło-Życie: jakie tam jest zamknięcie? Tym formom nic takiego nie grozi.

Ten przykład niezbyt pasuje do stereotypu, że katolicyzm otwarty to formacja dla intelektualistów, wykształciuchów szukających dziury w całym...

To schemat, który ma się nijak do rzeczywistości. Posoborowe ruchy eklezjalne rekrutują się ze wszystkich warstw społecznych; na „oazy” jeździ młodzież, która tytuły naukowe ma ciągle przed sobą... Są z kolei intelektualiści (z tytułami profesorskimi również), dla których sobór nie stanowi jakiegoś istotnego punktu odniesienia. We wspólnotach celebrujących liturgię trydencką na ogół większość stanowią młodzi, świetnie wykształceni ludzie.

Ale taki Neokatechumenat wpisywałby się raczej w zamknięcie.

Bo zdecydowanie opowiada się za nauczaniem Kościoła o płodności czy aborcji? To jest zamknięcie? To jest wierność nauczaniu Kościoła!

Katolik „otwarty” poszukuje, pyta o trudne sprawy, podważa, wątpi...

A „zamknięty” wierzy na słowo, nie stawiając pytań?! Żartujecie! To wszystko są niepotrzebne stereotypy.

Wątpliwości nie są charakterystyczne tylko dla postawy otwarcia?

Nie są. Jan Paweł II napisał na jeden ze Światowych Dni Modlitw o Pokój, że pokusą, powracającą stale wśród chrześcijan, jest uważanie siebie za depozytariuszy prawdy. Owszem, prawda została nam zawierzona, ale nie mamy prawa uzurpować sobie, że to, co sami z tej prawdy poznaliśmy, jest już pełnią tego, co nam Bóg objawił. To bzdura. Prawdy zawierzone Kościołowi przez Chrystusa trzeba z pokorą i powoli poznawać, idąc za Magisterium, nie przeciwko niemu. Zatem katolik otwarty miał prawo pytać o kapłaństwo kobiet, dopóki Jan Paweł II nie uznał dyskusji za zamkniętą. Teraz trzeba to przyjąć.

Jak takie postawienie sprawy ma się do myślenia o Kościele ustanowionym dla świata? Wraz z rozwojem pojawia się nowa świadomość, Kościół jednak okopuje się na dawnych pozycjach, jak właśnie w sprawie kapłaństwa kobiet czy choćby obligatoryjnego celibatu.

Benedykt XVI powiedział w ostatnim wywiadzie rzece, że Kościół musi być gotowy na przyjęcie i uniesienie opinii, że nie jest nowoczesny. Kościół kieruje się wolą Chrystusa nawet wtedy, kiedy wydaje mu się ona krępująca. I pozostaje dla świata katolicki — bo to oznacza „powszechny”. Więc Kościół albo będzie otwarty, albo go nie będzie wcale. Po co nam zresztą te szuflady? Ich tworzenie i opisywanie polega na wartościowaniu i, co więcej, narzucaniu drugiemu intencji i warunków, na których wierzy. Abp Józef Życiński był „otwarty” — i absolutnie (wręcz konserwatywnie) ortodoksyjny wobec nauczania Kościoła. „Katolik otwarty” to etykieta doprawiana z boku przez tych, co sądzą, że ktoś taki nie ma tożsamości, łapie wszelkie nowinki. Jerzy Turowicz wychował się w przedsoborowym (!) „Odrodzeniu”...

Cały Kościół musi prowadzić dialog ekumeniczny i międzyreligijny. Jeśli tego zaniedbuje, to nie tyle nie jest otwarty, co nie jest sobą. To, co nazywamy tu otwartością, jest po prostu normalnością. Wizyty papieży w synagodze to nie otwartość, tylko normalność. Niedawne zalecenie Papieża, by przy lekturze Starego Testamentu badać, jak go interpretuje tradycja judaistyczna — to też nie nowinkarstwo, tylko normalność.

Zamknięcie musiałoby polegać na odrzuceniu nauczania Kościoła.  

Rozmawiali
Maciej Müller i Tomasz Ponikło

Ks. Grzegorz Ryś (ur. 1964) jest historykiem Kościoła, rektorem Wyższego Seminarium Duchownego w Krakowie. Stale współpracuje z „Tygodnikiem”.

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: ewangelizacja ekumenizm katolicyzm Tygodnik Powszechny konserwatyzm Sobór Watykański II Vaticanum II otwartość dialog ekumeniczny Indeks Ksiąg Zakazanych kościół otwarty Wielka Rewolucja Francuska Kościół zamknięty Syllabus błędów