Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Michał Rychert

Pośredników nie trzeba

Brak powszechnej świadomości kapłańskiej jest przejawem głębokiego kryzysu Kościoła i poważną przeszkodą w dostrzeżeniu istoty kapłaństwa służebnego. Ale o powołaniu kapłańskim laikat słyszy tylko raz, w czasie chrztu.

Rok kapłański dobiega końca. Mimo jasnej intencji przyświecającej Papieżowi — aby przyczynić się do krzewienia zapału i wewnętrznej odnowy wszystkich kapłanów (list na rozpoczęcie Roku kapłańskiego z 2009 r.), miałem żal, że o „kapłaństwie” mówiono tylko w kontekście duchownych — i niemal ani słowa o kapłaństwie powszechnym.

A przecież pierwsze bez drugiego nie może istnieć.

Od sprzeciwu do zachwytu

Gdy podczas ostatniej wieczerzy Jezus, według relacji Janowej, przez gest obmycia nóg wyznaczał apostołów do służby w Kościele, Piotr wykazał się doskonałym wyczuciem sytuacji. Jego sprzeciw: „Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał” (J 13, 8) możemy odczytać jako chęć ochronienia nie tylko Pana przed tym, co niegodne, jak to zwykł czynić (zob. Mt 16, 22), ale również samego siebie wobec niewygodnych standardów urzędu, które wyznaczył uczniom Jezus.

W późniejszych czasach coraz mniej było miejsca na doświadczenie tremendum wobec świętości (czytaj: inności) urzędu, a coraz więcej fascinans wobec jego godności i zaszczytu, jaki przynosi.

Już w „Tradycji Apostolskiej” Hipolita (ok. 215 r.) terminologia kapłańska zostaje odniesiona do biskupa, a w konsekwencji do prezbiterów, mimo że w Nowym Testamencie nigdzie tego nie znajdziemy. Te pierwsze próby rozszerzenia terminologii kapłańskiej mają co prawda charakter analogiczny: autorzy szukając punktu odniesienia dla posługi biskupów i prezbiterów znajdują ją w kapłaństwie Starego Testamentu, stąd biskup jest „jak” kapłan. Jest to zarazem pierwszy nieśmiały jeszcze — dokonany przez porównanie — przykład sakralizacji urzędu biskupa.

W pierwotnym Kościele najistotniejszym węzłem określającym tożsamość prezbiterów i biskupów był związek nie tyle z Eucharystią, co ze wspólnotą, bo to ona była miejscem sprawowania kultu. Najważniejszym zadaniem wyświęconego było przewodzenie jej i służba. Formalnym wyrazem tej świadomości był zakaz ordynowania „bez tytułu”, czyli bez przydzielenia do konkretnej wspólnoty i zadania, wyrażony na Soborze Chalcedońskim (451 r., kan. VI).

Znamienne, jak ta zasada ewoluowała w kierunku uwolnienia posługi od łączności z ludem Bożym. Na Soborze Laterańskim III (1179 r.) jest interpretowana jako zakaz święceń bez przydzielenia beneficjum, czyli środków utrzymania (kan. V). Ostatecznie wbrew wcześniejszej praktyce, papież Innocenty III (1198−1216), korzystając z władzy dyspensy, uważa wszystkie święcenia za ważne, nawet te bez „bez tytułu”. Kapłaństwo jest sankcjonowane nie tyle relacją do Kościoła, ale tzw. charakterem sakramentalnym, który w uproszczeniu pojmowano jako status personalny kapłana. W efekcie lud przestał być potrzebny dla sprawowania Eucharystii. Kult, który był właściwością całej wspólnoty, stał się domeną wyświęconych.

Stąd wywodzi się średniowieczna praktyka „prywatnych” Mszy, których reliktami są boczne ołtarze zdobiące stare kościoły. Był to może jeden z bardziej znaczących kroków prowadzących do oderwania kapłaństwa od wspólnoty i służby zarazem. Kapłan zaczął jawić się bardziej jako pośrednik między Bogiem a ludźmi, nie zaś jako sługa Kościoła. Na ten stan rzeczy nie miała wpływu pojedyncza decyzja papieża, ale szereg następujących po sobie zdarzeń, które wytworzyły trudną do zmiany wciąż tlącą się mentalność postrzegania kapłaństwa jako przywileju i godności.

Nie bez znaczenia dla takiego traktowania duchownych był ich status społeczny. Zapewnienie beneficjum czyniło z duchownych ludzi sytuowanych. Pierwszym krokiem w tym kierunku był edykt cesarza Teodozjusza z 380 r., który nie tylko czynił chrześcijaństwo religią panującą, ale również dawał biskupom możliwość piastowania urzędów państwowych i obdarzał ich licznymi przywilejami. Uprzywilejowana pozycja kleru znalazła przedłużenie w systemie feudalnym (książęta — biskupi). W efekcie do Soboru Watykańskiego II wyższość władzy biskupa motywowano jurysdykcyjnie, a nie sakramentalnie.

Tego rodzaju zmiany mentalności wymagają również właściwych pojęć. Pierwszym znaczącym krokiem w kierunku nowego sposobu myślenia o relacji kapłaństwa do laikatu jest zastosowanie w pismach św. Hieronima (List 52), a także w komentarzach św. Augustyna (do Ps 67) greckiego pojęcia „kleros” oznaczającego „wybranych”, „przeznaczonych”, początkowo odnoszonego nie do całego ludu Bożego, tylko do pełniących posługi (diakoni, prezbiterzy, biskupi). Reforma gregoriańska oprócz odnowy życia chrześcijańskiego, a zwłaszcza duchownych, w formie ubocznego efektu przyczyniła się niestety do usunięcia świeckich z przestrzeni sakralnej.

Kolejny krok to zawłaszczenie świętości, które dokonało się wraz z rozwojem świadomości stanowej. Stan kapłański i zakonny to stan doskonały, czytaj: prawdziwy i właściwy Kościół. Udział w rozwoju tak pojętego elitaryzmu miał przede wszystkim św. Tomasz. To on podzielił wymagania płynące z wiary na przykazania, których muszą przestrzegać wszyscy i rady ewangeliczne przeznaczone tylko dla niektórych (duchownych) wezwanych do życia doskonałego. Określenie „alter Christus”, które u św. Pawła odnosi się do wszystkich chrześcijan, stało się synonimem tylko wyświęconych. Podobny los dzieli opis chrześcijanina jako człowieka duchowego (anthropos pneumatikos), który staje się synonimem urzędowych kapłanów.

W efekcie duchowni stają się jedyną stroną czynną w Kościele. Laikat nie tylko przechodzi w stan bierny, ale również jest kojarzony z tym, co światowe i grzeszne. Warto przytoczyć niezwykle sugestywną wypowiedź z „Dekretu Gracjana” (ok. 1150 r.): „Dwa są rodzaje chrześcijan. Jeden poświęcony służbie Bożej (...). Jest inny rodzaj chrześcijan: to świeccy (...) Dozwolone jest posiadanie przez nich dóbr doczesnych (...), są oni upoważnieni do zawierania małżeństwa, uprawiania ziemi, (...) płacenia dziesięcin; mogą oni zatem być zbawieni (...)”.

Stopniowo tworzy się nowa świadomość Kościoła, jako wewnętrznie podzielonego — na ten nauczający i słuchający, i zmonopolizowanego — Kościół to duchowni.

Ten proces wynoszenia na szczyt piramidalnie pojmowanej społeczności był dodatkowo ugruntowywany przez nomenklaturę odwołującą się do pojęcia władzy. O ile w Nowym Testamencie każdy rodzaj władzy w Kościele był pojmowany zasadniczo jako „służba”, i jako „diakonía”, a nigdy jako „arché” (zwierzchność, władza), tak z czasem coraz częściej zaczęto opisywać posługę kapłanów w terminach władzy (sacra podesta — święta władza rządzenia). W efekcie kapłaństwo stało się bardziej celebrowane niż „służone”.

Czy historia kapłaństwa to dzieje uzurpacji tytułu? Owszem, jest to historia zaciemnienia jego istoty. Czy uzurpacja: na to będziemy szukali odpowiedzi. Z całą pewnością możemy powiedzieć, że jest to historia rozmijania się kapłaństwa ministerialnego z kapłaństwem wspólnym, co w połączeniu z powierzchowną teologią doprowadziło do dość pokracznego obrazu posługi w Kościele. Stąd dziś rzeczywiście potrzeba wewnętrznej odnowy kapłaństwa, jego właściwego dowartościowania, ale nie można tego w sposób odpowiedzialny dokonać bez przywrócenia właściwego miejsca i zrozumienia kapłaństwa wspólnego.

Gdzie jesteś kapłanie?

Jeżeli w Kościele przez chrzest wszyscy uczestniczą w kapłaństwie Chrystusa — są kapłanami — to po co są potrzebni kapłani urzędowi? Skoro Nowy Testament pojęcie kapłaństwa odnosi do wszystkich chrześcijan, to może miał rację Luter twierdząc, że jest tylko jedno kapłaństwo, to powszechne?

Jeśli to pytanie może wydawać się naiwne, to tylko dlatego, że nie do końca poważnie traktujemy kapłaństwo powszechne, bo któż z nas świeckich myśli o sobie w kategoriach kapłańskich? Musimy jednak zdawać sobie sprawę przynajmniej z jednego, że gdy w liście św. Piotra czytamy: „wy jesteście królewskim kapłaństwem” (1P 2, 9), to słowa te nie są wyrazem chwilowego zachwytu ani zgrabnym ornamentem językowym, nad którym należy przejść trochę z przymrużeniem oka do porządku dziennego. Jest to najbardziej realne wezwanie płynące z chrztu. Zamiast więc chować się za plecami wyświęconych kapłanów, należałoby raczej stwierdzić, że brak świadomości kapłańskiej całego ludu jest przejawem ciągle głębokiego kryzysu Kościoła, a ponadto poważną przeszkodą w dostrzeżeniu istoty kapłaństwa ministerialnego.

Jeżeli potraktujemy poważnie powyższe słowa z 1 Listu św. Piotra, to oczywistym się staje, że kapłani (powszechni) nie potrzebują ani pośredników — jeden jest Pośrednik — ani tych, którzy wyręczyliby ich w składaniu ofiar. Przez udział w kapłaństwie Chrystusa wierni świeccy są pośrednikami i ofiarnikami. Kościół jako całość jest solą ziemi i światłością świata oraz miastem położonym na górze, przyciągającym do siebie wszystkie ludy ziemi, które w pielgrzymce wywołanej alternatywnym, a przez to budzącym zachwyt i pociągającym zarazem stylem życia (por. Mt 5, 16), spełnia jako Ciało Chrystusa rolę pośrednika.

Kogo zatem potrzebuje laikat? — tych, którzy podtrzymają ich kapłaństwo w mocy, sług ich kapłaństwa. Z pojęciem kapłaństwa związane są tradycyjnie trzy funkcje: pośredniczenia między Bogiem a człowiekiem, składania ofiar i troski o podtrzymanie ogniska świątynnego. Chrystus Najwyższy Kapłan Nowego Przymierza spełnia je wszystkie. Inaczej jest z tymi, którzy uczestniczą w jedynym kapłaństwie Chrystusa.

Skoro do funkcji kapłaństwa wspólnego należy pośrednictwo i składanie ofiar, to do istoty kapłaństwa urzędowego należy troska o Świątynię, którą według teologii Nowego Testamentu jest lud Boży. „Świątynia Boga jest świętą, a wy nią jesteście” (1 Kor 3, 17). Czy tylko tyle? Co z pośrednictwem i składaniem ofiar?

Z mówienia o pośrednictwie kapłaństwa urzędowego należy zrezygnować nie tylko dlatego, że „problemem życia (...) kapłańskiego — jak to ujął Benedykt XVI, w »Formalnych zasadach chrześcijaństwa« (s. 380) − będzie zawsze całkowite włączenie się w Chrystusa”. Ten argument potencjalnie daje możliwość pośredniczenia, zależałoby to od stopnia osobistego zaangażowania. Należy raczej wskazać na fakt, że kapłaństwo może być tylko tam, gdzie jest Ciało Chrystusa. Za cytowanym dziełem Papieża należy przyjąć, że bez względu na argumentację „pozbawienie” kapłaństwa urzędowego funkcji pośrednictwa nie jest upokorzeniem, ale wyzwoleniem kapłana. Kapłan nie jest również ofiarnikiem. Eucharystia pojmowana jako ofiara jest dziełem całego Kościoła, a kapłan występuje nie tylko in persona Christi, ale również in persona Ecclesiae.

Co zatem stanowi o istocie kapłaństwa ministerialnego? Do najistotniejszych zadań biskupów i prezbiterów należy troska o Świątynię, którą jest Kościół. Kapłani mają podtrzymywać ogień wiary, nadziei i miłości w ludzie Bożym. Aby kapłaństwo w Kościele nie umarło, aby wierzący nieustannie dawali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz rozumnej służby Bożej (zob. Rz 12, 1). Jedno kapłaństwo nie istnieje bez drugiego. Ogień świątynny bez ofiary jest bezużyteczny, a ofiara bez ognia nie jest możliwa. Nie ma kapłaństwa królewskiego bez służebnego, tak jak nie ma króla bez sług. Kapłaństwo powszechne bez służebnego umiera, a urzędowe bez wspólnego staje się swoim zaprzeczeniem.

Głoszenie słowa, sprawowanie sakramentów, upomnienie, pasterzowanie to funkcje tej jednej istoty kapłaństwa — służby. Tak również rozumiał to św. Paweł: „Dzięki niej jestem z urzędu sługą Chrystusa Jezusa wobec pogan sprawującym świętą czynność głoszenia Ewangelii Bożej po to, by poganie stali się ofiarą Bogu przyjemną, uświęconą Duchem Świętym” (Rz 15, 16). Najgłębszym sensem ewangelizacji jest wprowadzenie nowych wiernych w czynności kapłańskie. Czy współcześni szafarze słowa mają świadomość celu swojej służby? Czy nie jest tak, że o powołaniu kapłańskim laikat „słyszy” tylko raz − w czasie chrztu?

Bojaźń

My świeccy, obciążeni religijnością naturalną, czujemy się bezpieczniej poza sferą sacrum. Myśl o tym, że to cały Kościół — wszyscy wierni, w tym i ja, jesteśmy częścią Świątyni, jest zbyt trudna. Człowiek, który zostaje skonfrontowany z samym Bogiem, musi zrzucić maski i zburzyć mury prywatności i egoizmu, którymi się otacza. Musi poddać się sile oczyszczającego ognia, a to zawsze jest trudne.

Wolimy więc mieć w zanadrzu swoich Mojżeszów: niech oni za nas rozmawiają z Bogiem, tłumaczą się i proszą w naszym imieniu o wybaczenie. Tremendum wobec tajemnicy przeradza się w zwykły paraliżujący lęk i bierność. Potrzebujemy jednak nie pośredników i wyręczycieli, ale tych, którzy pomogą nam obudzić łaskę chrztu — królewskie kapłaństwo wolne od lęku, ale przepojone bojaźnią Bożą.

Z innego punktu wyjścia wychodzi dzisiaj kapłaństwo urzędowe. Ono ciągle budzi podziw. Dlaczego jest w cenie? Bo kojarzy się ze szczególnym powołaniem, wyborem, godnością, a ostatecznie zwyczajnie po ludzku — z prestiżem, a nie ze służbą. Inaczej to rozumiał św. Augustyn, mówiąc: „Jeżeli mnie przeraża to, kim jestem dla was, to pociesza mnie to, kim jestem z wami. Dla was właśnie jestem biskupem, z wami jestem chrześcijaninem. Tamto jest nazwą urzędu, to łaski, tamto jest nazwą niebezpieczeństwa, to nazwą zbawienia” (Sermo 340, 1). Biskup Hippony wskazuje nie tylko na trwałą relację zachodzącą miedzy kapłaństwem powszechnym a urzędem. Z kontekstu wyłania się również poczucie odpowiedzialności i ciężaru, jaki spoczywa na urzędzie — bo przecież chodzi o służbę, a nie przywilej, o sytuację po ludzku patrząc niekomfortową, poniżającą, jak to dobrze zrozumiał Piotr.

Czym się gorszą i co przeraża przygotowujących się dziś do kapłaństwa? Obawiam się, że jedyną trudnością, jaką bierze się pod uwagę, jest celibat. Bycie na służbie, nas ludzi powinno mimo wszystko zwyczajnie po ludzku przerażać, tak jak przerażało Jezusa w Ogrójcu. Tak jak odczuwali to nominaci na urząd papieża, zwłaszcza Jan Paweł I, a potem Jan Paweł II — z faktyczną pokorą przyjmowali urząd nie jako zaszczyt, ale jako służbę, która przeraża, ale też budzi świętą bojaźń.

Jan Twardowski pisał: „Własnego kapłaństwa się boję, własnego kapłaństwa się lękam”.  

Michał Rychert jest doktorem teologii fundamentalnej, katechetą. Ostatnio wydał książkę „Kościół jako społeczność alternatywna”.

Korzystałem z:
„Historia Dogmatów. Znaki Zbawienia”, red. B. Sesboüé; E. Schillebeeckx, „Per una Chiesa dal volto umano”; J. Ratzinger, Benedykt XVI, „Formalne zasady chrześcijaństwa”.



opr. aw/aw



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: kapłaństwo kapłaństwo powszechne duchowieństwo świeccy powszechne kapłaństwo pedofilia duchowni skandale seksualne Rok Kapłański naduzycia seksualne namaszczone dłonie