Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

"Tygodnik Powszechny" nr 23/2009


Elżbieta Isakiewicz


Walka lizaka ze smyczą




Rok temu właścicielka jednego z józefowskich sklepów wzruszała ramionami na pytanie, czy mogłaby nie eksponować hard-erotyki. Teraz te tytuły wycofuje.


Paweł Woliński, prezes dwóch spółek, ojciec trojga dzieci, nie zapomni dnia, kiedy zderzył się z machiną.

Jest senny ranek, korki. Najstarszy syn z tylnego siedzenia pyta: „Tata, wiesz, że minęliśmy 21 billboardów?”. Nie wiedział. „A wiesz, że na osiemnastym były papierosy z napisem »palenie zabija«?”. Pokręcił głową. „To dlaczego reklamuje się coś, co jest złe?”.

Woliński zatrzymuje auto. Przez chwilę próbuje znaleźć odpowiedź, jak ma ratować reputację świata, w którym zło okazuje się złem nie do końca, a dobro na pół gwizdka. I czuje gniew na anonimową machinę zagospodarowującą przestrzeń publiczną bez jego udziału i woli.

Dlaczego złe stoi przy misiu

Ewę Stanisławską-Karłowicz, architekt, matkę trzech synów, dopada na spacerze z dzieckiem w podwarszawskim Józefowie. Naokoło lasy, klimat dobry, rozwinięta infrastruktura. Niedawno osiedliło się tu sporo rodzin z pokolenia 30-, 40-latków. W wolnej Polsce powiodło się im, są zamożni, zazwyczaj mają po kilkoro dzieci. Gdyby nie machina, można by powiedzieć: raj.

Tamtego dnia Ewa zachodzi ze Stasiem po mleko. Staś sięga po chipsy. Nagle pyta: „A czemu ta goła pani jest na smyczy?”. Pokazuje okładkę magazynu pornograficznego, w sam raz na wysokości jego wzroku.

Barbara Bednarz, magister nauk o rodzinie, właścicielka trzech warszawskich kawiarni, matka trójki dzieci, pamięta konfrontację z udziałem własnego syna. Podjeżdżają na stację benzynową. Przy wejściu pornosy. 7-letni Kuba w śmiech. „Synku, dlaczego się śmiejesz?”. A on się trochę zawstydza, trochę płoszy. – Ten śmiech, to była reakcja opancerzająca, obronna – komentuje Barbara.

Powiedziała wtedy Kubie, że te fotografie są złe, bo gdyby sobie wyobraził, że w ten sposób przedstawiona jest jego mama, to na pewno byłoby mu smutno.

– Rodzice powinni nadawać ton rozmowie o cielesności, by pojęcia „miłość”, „piękno”, „szacunek” w świadomości dziecka nierozerwalnie się z nią łączyły. Zamiast tego zmuszeni są odkręcać wyobrażenia o seksualności narzucane przez machinę. Siłą rzeczy obsceniczność staje się punktem odniesienia – przekonuje Zbigniew Korba z Józefowa, prawnik renomowanej kancelarii, ojciec czwórki dzieci.

Kiedy wkracza zdrowy rozsądek

W październiku 2006, wkrótce po tym, jak Staś pytał o panią na smyczy, kraj obiega wieść o samobójstwie gimnazjalistki z Gdańska. Ewa Karłowicz: – Zastanawiałam się, dlaczego żaden z uczniów nie zareagował, gdy koledzy symulowali na Ani gwałt? Odpowiedź nasuwała się sama: oni są oswojeni z przemocą, jej wszechobecność zdążyła wyrugować z ich świata niewinność. Pomyślałam: trzeba się bronić.

Jeszcze tego samego dnia telefonuje do znajomych matek. W kilka osób układają list do sprzedawców: „Jak długo nasze dzieci znajdą pornografię na półkach z cukierkami, tak długo samobójstwo Ani będzie obciążać nasze sumienia”. Grożą bojkotem sklepów sprzedających w Józefowie wulgarne pisma. Pukają od sąsiada do sąsiada – apel podpisuje kilkuset mieszkańców.

O Józefowie staje się głośno. „Mohery”, „ciemnogród” – atakują przeciwnicy na forach internetowych. Lecz to nie ich głos dominuje, wsparcie dla matek deklarują nawet ci, co z magazynów erotycznych korzystają i określają się liberałami.

– Bo kto to jest konserwatysta? Liberał, który ma dorastającą córkę – śmieje się Paweł Woliński. – Wtedy nad każdą ideologią bierze górę zdrowy rozsądek.

To zdrowy rozsądek podsuwa myśl: „Spójrz na świat oczami swojego dziecka, miej znowu metr dziesięć wzrostu”. To on odmienia postawę sprzedawców. Jeszcze rok wcześniej, gdy matki pytały właścicielkę jednego z większych józefowskich sklepów, czy mogłaby nie eksponować hard-erotyki, wzruszała ramionami. Teraz, na widok listy klientów, których może stracić, natychmiast te tytuły wycofuje.

Podobnie czynią wszyscy właściciele prywatnych sklepów i kiosków. Wielu umieszcza na witrynach roznoszone przez matki plakietki: „Józefów bez pornografii. Sklep przyjazny rodzinie”. Opierają się tylko ci z dużych sieci kolporterskich: „To nie od nas zależy, tu rządzi dystrybutor”. Ale zmiany widać. „Gdybym miał być znowu dzieckiem, to tylko w Józefowie” – deklaruje jeden z internautów.

Gdy konsument jest tłumokiem

W tym samym czasie Anna Olasik, tłumaczka, atrakcyjna blondynka stanu wolnego, robi zakupy w jednej z warszawskich galerii handlowych – jej front przesłania modelka w wyzywającej pozie, w gorsecie. Wraca do domu, a obok sanktuarium Andrzeja Boboli wystaje tyłek w majtkach (zbliża się Wielkanoc, ludzie będą tędy szli w procesji rezurekcyjnej). Jedzie do pracy, a koło gimnazjum na Twardej roznegliżowane ciało niemal wtłoczone w szkolny parkan. Wieczorem siada do komputera, pisze maile do właścicieli billboardów: „Kobieta w waszych reklamach to towar, przedmiot”. A do radnych dzielnic nimi zaśmieconych, żeby reagowali. Znajomych namawia: „Róbcie to samo”.

– Organizacje konsumenckie zajmują się w Polsce tylko sprawami materii: tu kiełbasa zielona, tam mleko skażone, to ich interesuje. Konsument z ich bajki to tłumok, co najwyżej dwa słowa rozumie: seks i jeść – tłumaczy.

W jej wizji jest miejsce na duszę. Szybko znajduje uznanie w sieci. Grupa śląca protesty w sprawie takich reklam i dyskutująca na forum urasta do dwustu osób. Od początku przyjmują założenie: „nie tylko piętnujemy brzydkie reklamy, te ładne, z klasą, chwalimy”.

Reakcja adresatów zaskakuje. Radni dziękują za obywatelską postawę, ale umywają ręce: „Nie mamy wpływu na treść reklam”. Inaczej firmy: ciała z bielizną znikają z parkanu gimnazjum i, przynajmniej na jakiś czas, spod sanktuarium Boboli. Jednak najbardziej spektakularne zwycięstwo grupa odnosi po tym, jak stołeczne przystanki autobusowe zostają obwieszone golizną reklamującą magazyn erotyczny. Anna: – Napisaliśmy nie tylko do firmy, ale i do pani prezydent miasta. I w ciągu jednej nocy właściciel billboardów przystanki wyczyścił.

Metoda „celuj wyżej” sprawdziła się też w miniakcji kolegów Zbigniewa Korby, którzy wysyłali e-maile do reklamodawców Radia 94 w proteście przeciwko kampanii marketingowej stacji „dla mężczyzn”, traktującej ciało przedmiotowo. Lokalny management te skargi ignorował, ale jak wysłali pismo do centrali za granicą, przyszło błyskawiczne zapewnienie, że się sprawą zajmą. I zajęli.

Od Zachodu dzielą nas lata świetlne także w dziedzinie rozwiązań prawnych. W liberalnej Holandii, żeby zobaczyć rozebraną reklamę, trzeba udać się do dzielnicy czerwonych latarń. We Francji obowiązuje zakaz dystrybucji pism erotycznych w sklepach położonych blisko szkół, przepisy nakazują okrywać takie publikacje czarną folią, a ich ekspozycja na stacjach benzynowych jest zabroniona.

– My tylko chcemy być tak samo nowocześni – mówi Woliński, który monitorował sieciowe stacje benzynowe w Polsce i wie, że wielkie zagraniczne koncerny, takie jak Shell czy BP, odpowiadają na protesty bezzwłocznie. Shell np. od razu te pisma zafoliował.

– Uznane firmy nie chcą, by przyklejono im etykietkę antyfamilijnych, antykonsumenckich, bo mogą stracić zyski na rzecz konkurencji – ocenia Woliński. – W wolnym kraju bez pieniędzy i instytucjonalnego zaplecza można więc utrzeć nosa każdej machinie. Tylko trzeba chcieć.

Gdy obywatel się budzi

Ale Barbara Bednarz proponuje też inne spojrzenie: – Nie wolno dać sobie wmówić, że odstajemy od normy. To my jesteśmy normą. Tych, co zagarniają przestrzeń publiczną, jest garstka; to zazwyczaj młodzi ludzie zatrudnieni w agencjach reklamowych po to, by szokować.

Po akcji józefowskiej w powietrzu wisi już pomysł stworzenia reprezentacji tej większości. Jego zwolennicy powołują się na doświadczenia dojrzałych demokracji, zwłaszcza USA, gdzie wpływ lokalnych społeczności na etyczny i estetyczny klimat własnej okolicy jest ogromny. W Hiszpanii ruchowi obywatelskiemu udało się unieważnić przepisy dyskryminujące rodziny wielodzietne w sprawie opłat… za wodę.

Gdy kibice józefowskiego zrywu skrzykują się w jednym z warszawskich mieszkań – wielu widzi się po raz pierwszy. Już po czterech dniach od otwarcia strony internetowej Stowarzyszenia Twoja Sprawa – bo taką przyjmują nazwę – w newsletterze rejestruje się ponad pół tysiąca osób gotowych włączyć się w jego akcje; niemal wszyscy chcą działać z otwartą przyłbicą, nie anonimowo. Najwięcej ludzi młodych, z wyższym wykształceniem, mieszkających w dużych miastach, dobrze zarabiających (74 proc.).

– A więc nie da się ich zaszufladkować w przedziałek „dewocja” albo „oszołomstwo”. To bywała w świecie, oczytana inteligencja, znająca badania wpływu wszechobecnej hard-erotyki na wzrost agresji i autodestrukcji u dzieci – mówi Barbara Bednarz.

A wyniki tych badań zatrważają. Z ostatniego raportu Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego wynika np., że w hierarchii wartości wyznawanych przez nastoletnie dziewczęta na pierwszym miejscu jest atrakcyjność seksualna, a potem długo, długo nic. Temu schematowi podporządkowują się idolki popkultury, w ubiorze, stroju, zachowaniu przyjmujące styl nastolatek – swojej najliczniejszej publiczności. Tworzy się błędne koło wzajemnego uzależnienia, powielania wzorców.

Barbara Bednarz jest pewna: w inicjatywach takich jak Twoja Sprawa budzi się społeczeństwo obywatelskie.

Gdy salonik jest sex-shopem

Zaczynają od ogólnopolskiej akcji „Twoja sprawa – Twój ruch”. Chcą, żeby w punktach sprzedaży należących do sieci RUCH-u artykuły o treściach pornograficznych nie były eksponowane. – To skandal, że spółka skarbu państwa czerpie zyski z pornografii, ale jeśli już musi, niech to robi dyskretnie – mówi Rafał Porzeziński, dziennikarz telewizyjny, ojciec trójki dzieci, rzecznik Stowarzyszenia. Odpiera zarzut, że to zamach na wolność prasy. Likwidacji tych pism się nie domagają, tylko tego, żeby nie były uprzywilejowane, bo to łamanie prawa zakazującego demoralizacji nieletnich. – A niektóre prasowe saloniki wyglądają jak sex-shopy. – Porzeziński pokazuje fotografie, wciąż nadsyłane przez internautów na stronę Stowarzyszenia.

Ale z państwowym molochem nie idzie tak gładko jak z prywatnymi koncernami. RUCH zasłania się niesubordynacją wydawców, którzy nie zgadzają się na foliowanie okładek. Twoja Sprawa dociska: „A czy nałożono na nich sankcje?”.

Niedługo potem dwoje studentów dziennikarstwa wspieranych przez członków Twojej Sprawy wywołuje wrzawę wokół magazynu „Focus”, który w swoim dodatku zamieszcza „zabawkę”: figurkę ukrzyżowanego Jezusa z kolekcją strojów do przebierania. Protestujący wybierają nietypową drogę; wysyłają listy do reklamodawców „Focusa”. Skutek: jedna prestiżowa firma wycofuje z magazynu swoje reklamy, druga informuje, że nie życzy sobie, aby jej logo sąsiadowało z treściami naruszających uczucia religijne. Ale protest sygnują też niewierzący, argumentują: „Wyśmiewanie wizerunku cierpiącego człowieka jest niegodziwością”.

Zbigniewa Korbę taki odzew nie zdziwił. Gdy na początku lat 90. Polskę zalewały pierwsze pisma pornograficzne, w Hollywood ani centa nie zarabiały filmy, które obrażały uczucia religijne (jak „Ostatnie kuszenie Chrystusa”), bo największe lokalne sieci nie włączały ich do dystrybucji w wypożyczalniach video. Trzeba było dwóch dekad, żeby w ruchu konsumenckim w Polsce pojawił się ten sam trend.

A wyzwań nie brakuje. Gdy Anna Olasik zaprotestowała u właściciela billboardów przeciwko „wypiętemu fachowcowi od tyłu” sławiącemu maść na hemoroidy, otrzymała odpowiedź, że wszystko jest zgodne z prawem.

– Ale nie z kulturą – odparła.  


PS. W ostatnich dniach – w reakcji na setki e-maili – sprawą ekspozycji pism pornograficznych i erotycznych zajęli się Rzecznik Praw Obywatelskich i Rzecznik Praw Dziecka. Obaj wezwali zarząd RUCH-u do podjęcia „skutecznych działań”, by tego typu publikacje zniknęły z witryn kiosków.  


tygodnik.onet.pl


opr. aś/aś



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: młodzież walka wychowanie moralność handel przemoc erotyka sklepy