słodki cukiereczek
Strona główna Opoki | Liturgia na dziś | Baza Mszy św. | Porozmawiajmy o wierze | Życie Kościoła | Jan Paweł II | Dołącz do grona darczyńców

Opoka jest przydatna? Wpłać darowiznę
Zapraszamy do czytelni Według autorów Według dziedzin Według tematów Wyszukaj Na zakupy!





Audiobooki w odcinkach




Wiadomości


 


Donald Tusk

CZY ROZLICZENIE JEST POTRZEBNE POLSCE? NIE WIEM.

Fragment książki "Stan wojenny — wspomnienia i oceny" pod red. Jana Kulasa "BERNARDINUM" 1999, http://www.bernardinum.com.pl



Od września 1981 r. byłem etatowym pracownikiem tygodnika „Samorządność”. To spowodowało, że ostatnią noc przed stanem wojennym spędziłem w stoczni na posiedzeniu Komisji Krajowej, z którego miałem przygotować relację. Obrady skończyły się około godz. l. Już wtedy wiele osób było aresztowanych, o czym nie wiedzieliśmy. Docierały co prawda pojedyncze informacje o ruchach wojsk i milicji wokół Trójmiasta, ale nie traktowaliśmy ich zbyt serio. Całe to posiedzenie przypominało trochę groteskę. Najbardziej utkwił mi w pamięci moment, kiedy około godz. 23 w przerwie obrad rozmawialiśmy w grupce kilku osób. Przysłuchiwał się nam Lech Wałęsa, który nagle podszedł do nas i powiedział: -O czym wy tu gadacie, i tak nam gola strzelili. Sprawiał wrażenie człowieka, który wie, że już jest po wszystkim. Jak sobie przypomniałem później, również inne jego zachowania świadczyły o tym, że albo wcześniej wiedział, na co się zanosi, albo miał wyjątkową intuicję. Jedno i drugie było jednakowo prawdopodobne.

Wróciłem do domu piechotą przez nikogo nie zatrzymywany. Mieszkałem wtedy w Oliwie - wynajmowaliśmy z żoną pokój wjednym z domków. Rano dowiedzieliśmy się od właściciela, że dzieje się coś dziwnego - brak normalnego programu w radiu i w telewizji, a sąsiedzi mówią, że jest stan wojenny. Nie bardzo wtedy wiedzieliśmy, co to może znaczyć, ale domyślałem się, że mogę mieć kłopoty. Pierwsza rzecz jaką zrobiłem - razem z Waldkicm Budzyńskim, szefem NZS w Wyższej Szkole Morskiej - to zakopanie w lesie gigantycznego zbioru biuletynu Klubu Myśli Politycznej (była to inicjatywa Lecha Bądkowskiego). Później wsiadłem w tramwaj i pojechałem do MKZ. Tam już jednak nie miałem czego szukać. Po kilku wizytach w mieszkaniach znajomych udało mi się znaleźć Wojtka Dudę, który też wówczas pracował w „Samorządności”, i około godz. 20 poszliśmy do stoczni. Tam jednak było tylko 30-40 osób i nie wyglądało to na twierdzę, która miała zamiar się bronić. Było raczej smutno i ponuro. Przed nocą wyszliśmy i pojechaliśmy do naszego kolegi z NZS Jacka Jancelewicza. Dostał niedawno powołanie do wojska, chcieliśmy więc z nim przedyskutować, czy ma jechać czy nie. Z komunikatów „wojennych” wynikało, że jeżeli ktoś ma bilet, a nie stawi się wjednostce, zostanie rozstrzelany. Zadecydowaliśmy jednak, że ma zaryzykować, i opiliśmy jego potencjalną „bohaterską śmierć”. W poniedziałek rano znowu poszliśmy do stoczni, gdzie schodziło się coraz więcej ludzi przynoszących coraz to nowe informacje o aresztowanych i poległych. Usiłowałem zrobić z tego jedną wiarygodną listę, ale kiedy po raz kolejny zobaczyłem swoje nazwisko na liście rzekomych ofiar, uznałem, że nie ma to większego sensu. We wtorek postanowiliśmy wydać strajkowy numer „Samorządności”. Była to jedna z pierwszych „bibuł”, jakie się wtedy ukazały w Gdańsku. Składaliśmy go w siedzibie PAK, tam też wydrukowaliśmy jego cały nakład dzięki Jurkowi Drewniakowi, który nas tam wpuścił. Z dawnego zespołu internowano Grzegorza Fortunę i poszukiwano Mariusza Wilka, który wyjechał do Wrocławia i tam się ukrywał. W pewnym sensie miałem wówczas poczucie końca świata, bo podobnie jak wielu innym młodym działaczom „Solidarność” wydawała się czymś silnym i trwałym. A tu nagle tak brutalne uderzenie i klęska. Przez kilka pierwszych dni nie chciałem wierzyć, że to dzieje się naprawdę. Ta bolesna nauczka nauczyła mnie pokory i dystansu do polityki. Wtedy zrozumiałem i doceniłem zdolność oceniania zdarzeń z perspektywy historycznej, jaką prezentował Lech Bądkowski. Często patrzył na nas z ojcowską pobłażliwością i mówił: -Trzeba najpierw przeżyć kilka wojen żeby wiedzieć, że nic nie jest nam dane na zawsze. Pamiętam też bardzo ważną dla mnie rozmowę w maju '82. On już wiedział, że umiera. To pozwalało mu na dodatkowy dystans wobec rzeczywistości. Przekonywał mnie, że to co się zdarzyło w ciągu półtora roku istnienia „Solidarności”, to jest kapitał, który kiedyś będzie procentował. Uważał, że dzięki temu Polska stała się już innym krajem i żaden stan wojenny nie zdoła zmienić tego, co przez ten czas udało się w ludziach zaszczepić. Wtedy tego nie dostrzegaliśmy, a po latach okazało się to prawdą. Potwierdził to fakt, że po 1989 roku w Polsce przemiany udały się lepiej niż w innych postkomunistycznych krajach. Było to możliwe właśnie dzięki temu, że podczas trwania „Solidarności” miliony ludzi poczuły się odpowiedzialne za swój los. To miało ogromne znaczenie dla kształtowania się dalszych postaw społeczeństwa. o lutego '82 szukałem sposobu na funkcjonowanie w powoli rodzącym się podziemiu. Współorganizowałem dwie sprawy: pierwsza to biuletyn „Rozwaga i Solidarność”, którego redakcję tworzyli Mariusz Wilk, Bernadetta Stankiewicz, Maciej Łopiński, a później także Andrzej Liberadzki iJanJakubowski. Redagowali to pismo przez wiele miesięcy, dopóki nie aresztowano kilku osób. Potem ukazywało się ono nadal, ale straciłem już kontakt z redakcją. Druga inicjatywa to „CDN”, który założył Jacek Kozłowski wiosną '82. Wokół niego skupiła się grupa, która później stała się trzonem nielegalnych liberałów. Dzięki temu, że byliśmy w stałym kontakcie z Borusewiczem, dostaliśmy do niego ostrzeżenie (poprzez „cynk” od Hodysza), że jesteśmy systematycznie namierzani przez esbeków, szczególnie drukarnia. Wobec tego Jacek podjął decyzję, żeby na jakiś czas zawiesić wydawanie. Kolejnym pismem był „Przegląd Polityczny”, który powstał w lutym '83. Wówczas opadła już fala spontanicznego, ale i chaotycznego zaangażowania w podziemną „Solidarność”. Cezurą dla tego etapu była delegalizacja związku w październiku '82. W stoczni wybuchł wtedy wudniowy strajk, w organizowaniu którego wzięliśmy aktywny udział. Powstała wówczas Tymczasowa Komisja Koordynacyjna, która wydała odezwę, aby akcję protestacyjną zorganizować dopiero 11 listopada. Był to zupełny brak koordynacji - wyglądało na to, że władze „Solidarności” nie mają pojęcia o tym, jakie panują nastroje. Czuliśmy się zawiedzeni i rozczarowani. Mieliśmy poczucie, że formuła tego pierwszego podziemia już się wyczerpała. Kilka dni później uznaliśmy, że trzeba kontynuować naszą nielegalną działalność, ale w innym kierunku i bardziej niezależnie, już nic tylko jako siła pomocnicza TKK. Stąd narodziła się idea „Przeglądu Politycznego” jako pisma, które nic miało informować o bieżących wydarzeniach, ale formułować jakąś sensowną koncepcję polityczną na przyszłość. Gdańscy liberałowie byli bardzo ciekawą grupą, gdyż jako jedyni w Polsce potrafili myśl liberalną skutecznie połączyć z aktywnością w podziemiu. U nas to się ze sobą nie kłóciło, może dlatego, gdyż wszyscy byliśmy działaczami „Solidarności”, a niektórzy nawet działali w opozycji przedsierpniowcj. To nadawało inną jakość temu środowisku. Nie byt to dla nas łatwy okres. Oboje z żoną straciliśmy pracę - Gosia pracowała przedtem w Komisji Zakładowej uniwersytetu. W tych dniach okazało się też, że jest w ciąży. Po kilku tygodniach straciliśmy też wynajmowany pokój. Ale patrząc na losy innych, nic narzekaliśmy. Za namową Bądkowskiego (za co dziś jestem mu głęboko wdzięczny) nie korzystałem z zasiłku dla byłych pracowników MKZ wypłacanego przez WRON, lecz starałem się znaleźć jakąś sensowną pracę. Zacząłem pracować w wydawnictwie Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, które było wtedy dość prężne. Wydawało mi się to jednak nudnym i jałowym zajęciem, ale była to dobra szkoła wydawnicza, w której się wiele nauczyłem. Szkołą życia była też dla mnie praca w spółdzielni usług wysokościowych „Świetlik”. Nauczyłem się wspinać po górach i pracować na linach. To była ciężka fizyczna zaprawa, która się przydaje każdemu mężczyźnie. Jeździłem też po całym kraju. Poznałem pracę w stoczniach, kopalniach, elektrowniach, co okazało się później bardzo przydatne, również dla zachowania zdrowia psychicznego. Te siedem lat było dla mnie ważnym okresem, bo wiele się wówczas w moim życiu wydarzyło. Było to też ważne doświadczenie dla mojego pokolenia, które masowo włączyło się do współpracy z podziemiem. Tysiące młodych ludzi zaangażowały się w politykę, nie szukając w tym własnego interesu. Kapitał ich doświadczeń zaowocował po roku 1989. Przeżyłem też momenty zabawne. Grupa liberałów to byli „zadymiarze” - naszą niemal sportową ambicją było uczestniczenie w każdej demonstracji, w związku z czym każdy z nas solidnie oberwał. Ja jestem urodzonym szczęściarzem, więc dostałem tylko raz, i to niezbyt honorowo. Trafiono mnie w d... pociskiem z gazem łzawiącym wystrzelonym z armatki z takim impetem, że rzuciło mnie do przodu i wpadłem głową w śmietnik. To było moje główne „doświadczenie bitewne”. Później miałem jeszcze dość śmieszną „odsiadkę”. Aresztowano mnie wraz z kilkoma kolegami z „Przeglądu Politycznego” podczas supertajnego spotkania, które odbywało się 20 lipca 1983 r. na Kaszubach. Esbecy spodziewali się chyba, że zbiera się tamcałe podziemie, bo buszowało ich w okolicznym zbożu chyba ze stu. „Zapudłowali” nas na Kurkowej, a myśmy śmiali im się w nos, bo wiedzieliśmy, że za dwa dni będzie amnestia i będą musieli nas wypuścić. Ale dwa dni uczciwie przesiedziałem, więc mogę dziś z dumą powiedzieć, że wiem, jak wygląda cela i jak się żyje w więzieniu. Nie odniosłem jednak wtedy żadnej poważnej krzywdy, więc wspominam te wydarzenia w kategoriach przygody. Zresztą było to zjawisko charakterystyczne dla mojego pokolenia - co opisali też autorzy „Konspiry”, oddając klimat działania w podziemiu. Była w tym i ułańska fantazja, i męska przygoda, i pewien sposób na życie. Była to barwna strona ówczesnej szarej rzeczywistości. Do dziś nie dysponujemy wiarygodnymi badaniami na ten temat, ale kiedy podczas pracy w „Świetliku” poznałem dokładnie Polskę B, C i D, to stwierdziłem, że poza dużymi miastami nie było tam śladów ani po solidarnościowym zrywie, ani po dramacie stanu wojennego. Dla zdecydowanej większości społeczeństwa były to wydarzenia znane bardziej z relacji telewizyjnych niż z życia. Tam czas biegł zupełnie inaczej niż w Gdańsku, gdzie mieliśmy poczucie, że wszyscy uczestniczymy w wielkim rewolucyjnym święcie. Chociaż później, po stanie wojennym, już nie wszyscy uczestniczyli w strajkach i demonstracjach. To już nie były tysiące, ale tylko setki ludzi. Więc nic widzę powodu, aby teraz mitologizować tamten okres i robić z niego narodową martyrologię. Nic jestem pewien, czy to symboliczne uderzenie pałką spowodowało, że ludziom odechciało się na długie lata angażować w cokolwiek, czy też taka jest natura tego typu ruchów społecznych -jedno pokolenie stać tylko na jedną erupcję, bo na tak wielki zryw można się zdobyć tylko raz w życiu. W roku 1988, kiedy nastąpiła podwójna fala strajków, byłem ponownie w stoczni i usiłowałem tam odnaleźć dawny klimat Sierpnia. Lecz atmosfera była już zupełnie inna - nic dlatego jednak, że wokół stały kordony ZOMO, lecz dlatego, że tamta pula energii i emocji została już wykorzystana. Na więcej już nic było nas stać.

Stan wojenny był czasem, w którym nikt nie mógł już kłamać. Wszystko stało się jasne - tu są źli oprawcy, a tam umęczony naród. Dowcipy polityczne przestały cieszyć, kabaretowe aluzje straciły rację bytu, bo wszyscy już wiedzieli jaka jest prawdziwa natura systemu. Zostaliśmy odarci ze złudzeń. Może zabrzmi to jak herezja, ale uważam, że stan wojenny politycznie był o wiele bardziej liberalny niż stan sprzed roku 1980 - nic ze względu na zachowania władzy, lecz postawę społeczeństwa. Przedtem za szczyt odwagi uchodziło opowiedzenie kawału politycznego, a potem „bibuła” była prawie w każdym domu. Przedtem „Wolnej Europy” słuchano pod poduszką, a po Sierpniu ten problem przestał istnieć. Zasmakowaliśmy wolności i nie daliśmy jej sobie już odebrać. Więc zawsze protestuję, kiedy ktoś usiłuje mi wmówić, że stan wojenny to była „czarna noc” i beznadzieja. Ja tego nie przyjmuję, gdyż dla mnie były to lata trudne, ale też w jakimś sensie twórcze. To nie było tak, że byliśmy skazani na zmarnowanie tego czasu. Ale Polska jako kraj go zmarnowała. Więc jeżeli należało by za coś skazać Jaruzelskicgo, to nie za stan wojenny, lecz za niewykorzystani tej sytuacji do naprawiania gospodarki. Konsekwencją jest opóźnienie cywilizacyjne, które odczuwamy do dziś. Jaruzelski nic ma prawa mówić, że wybrał mniejsze zło, bo zginęło wtedy tylko 70 osób. Dziś przecież wiemy, że autorzy stanu wojennego zakładali, że przy czynnym oporze zaczną strzelać i kalkulowali, że ofiar może być nawet 40 tysięcy. Stosunkowo mała liczba poległych była skutkiem taktyki biernego oporu, jaki zastosowała „Solidarność”. Nikt przecież nie chciał się bić przy takiej dysproporcji sił. Zaważyła na tym z gruntu pacyfistyczna idea „Solidarności” i w dużej mierze osobowość Wałęsy, który był uważany za polskiego Gandhiego, ale też myślał praktycznie i nigdy nie szukał niepotrzebnie guza. Od początku zresztą „Solidarność” była tak uformowana, żeby mobilizować się tam, gdzie można działać konstruktywnie. To zaowocowało spontanicznym samoorganizowaniem się społeczeństwa i genialną wręcz strategią działania, która nic pozwoliła na zapłacenie zbyt wielkiej ceny za opór wobec władzy. Ta zbiorowa mądrość spowodowała, że jako społeczeństwo nie powinniśmy mieć kaca moralnego, a wręcz przeciwnie - możemy być z siebie dumni. Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że był to kolejny wielki sukces Polaków, gdyż po raz pierwszy w taki sposób udało się przetrzymać przeciwnika. Kiedy 13 grudnia 1981 r. oglądałem wystąpienie Jaruzelskiego w telewizji, to myślałem sobie, że warto byłoby dożyć chwili, w której będą go wieszać. Był dla mnie wtedy uosobieniem wszystkiego najgorszego w historii Polski - zdrady i wysługiwania się obcemu mocarstwu. Bardzo go wtedy nienawidziłem. W 1991 r. zostałem posłem i członkiem Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej - pierwszego organu, który zabrał się za generała, aby go postawić przed Trybunałem Konstytucyjnym za stan wojenny. Podczas przesłuchania przypomniałem sobie swoje emocje sprzed 10 lat, ale już nic mogłem w sobie odgrzać ówczesnej żądzy odwetu. Oprócz tego, że dawne emocje już ostygły, miałem też świadomość tego, że my się wciąż zmagamy z problemem, jak rozliczyć epokę socjalizmu w sensie odpowiedzialności prawnej. Więc jeśli dotąd nie rozliczyliśmy zbrodni PRL, nie osądziliśmy winnych tragedii Grudnia '70, nic możemy najpierw skazywać sprawców stanu wojennego. Z całą pewnością należy znaleźć odpowiedzialnych zwłaszcza za tragedię w „Wujku”, ale także za Lubin, gdzie przygotowano perfidną prowokację. Jest to niemal laboratoryjny przykład zbrodni politycznej. Jeżeli nie potrafimy sobie z tym poradzić, to należy skoncentrować się na tych przypadkach, w jakich konkretne osoby odpowiadają za śmierć innych ludzi. Natomiast pozostaje otwarty problem odpowiedzialności za decyzje polityczne. Rację mają ci, którzy twierdzą, że nikt z nas obecnie żyjących nie rozstrzygnie, czy stan wojenny był polityczną koniecznością, czy też nie. W świetle ujawnionych ostatnio dokumentów wygląda na to, że nie było wtedy realnego zagrożenia inwazją sowietów. Ale nasze poprzednie doświadczenia uczyły, że oni prędzej czy później) wchodzą jak coś się dzieje w kraju im podległym. Lecz musimy znaleźć powody prawne, dla których można by kogoś skazać za stan wojenny. Rozumiem, że takie rozliczenie wciąż jest potrzebne wielu ludziom, ale czy jest potrzebne Polsce nie wiem. Nie sądzę, aby proces karny ułatwił dochodzenie do prawdy historycznej, a wręcz przeciwnie - mógłby temu zaszkodzić. Nie stawiałbym tego problemu w kategoriach zadośćuczynienia moralnego ofiarom, bo skazać można za czyny, które kwalifikują się jako zbrodnia przeciwko narodowi czy ludzkości. A to byłoby trudne do stwierdzenia w przypadku sprawców stanu wojennego. Z całą pewnością był on łańcuchem bezprawia. I gdyby udało się udowodnić, że junta wojskowa nieustannie łamała prawo, to taki proces byłby jak najbardziej wskazany. Natomiast proces pokazowy tylko dla satysfakcji moralnej mijałby się z celem.

Donald Tusk - historyk; od 1978 r. współpracownik WZZ, w 1980 r. organizator NZS w Uniwersytecie Gdańskim; w 1981 r. publicysta „Samorządności”; w latach 1982-90 organizator prasy podziemnej; w latach 1990-92 współzałożyciel i zastępca redaktora naczelnego „Gazety Gdańskiej”; w latach 1991-93 przewodniczący i poseł Kongresu Liberalno-Dcmokratyczncgo. Obecnie wicemarszałek Senatu RP.


opr. mk/mg








 wyślij znajomym

Zobacz także:
Paweł Siedlanowski, Teatr marionetek?
L'Osservatore Romano, Wenezuela mówi "nie" Madurowi
L'Osservatore Romano, Waszyngton grozi Wenezueli sankcjami
Krzysztof Tadej, Nadia Sawczenko, Marzę o wielkiej, wspaniałej Ukrainie
Grzegorz Górny, Cud fatimski w Austrii
Damian Wojciechowski SJ, Zawrotna kariera populizmu
Maciej Górnicki, Co boskie Cezarowi?
Robert Gołębiowski, Mieczysław Mokrzycki, Uczyłem się od nich
Papież Franciszek, Płacz matki
Papież Franciszek, Rygorystyczny, ale przynajmniej uczciwy
Komentarze internautów:

Nocna zmiana (bez podpisu, 2005-10-26 20:41:58)
 Byloby dobrze...  więcej   skomentuj tę wypowiedź

Benedykt XVI | Biblioteka audio i wideo | Czytelnia | Dane nt. Kościoła | Edukacja Ekonomiczna | Felietony, komentarze | Filozofia | Galeria zdjęć | Inne nauki |
Europa, Polska, Kościół | Internet i komputery | Jan Paweł II | Katalog adresów | Katechetom i duszpasterzom | Kultura | Księgarnia religijna | Liturgia - na dziś i na niedziele | Mapa serwisu | Msze św. - gdzie, kiedy? | Nauczanie | Noclegi w Polsce | Noclegi, hotele w Polsce | Nowości na naszych stronach | Papież Franciszek | Pielgrzymki piesze - ePielgrzymka | Rekolekcje | Rodzina | Sekty | Serwis informacyjny | Słownik | Sonda | Święci patroni | Szukaj | Tapety i dzwonki religijne | Teologia | Twój głos w dyskusji | Varia | Życie Kościoła