Adriana Szymańska
Psalm poranka
Ile razy trzeba zachwycić się światem,
ażeby posiąść życie wieczne - w drzewie, w liściu,
w iskrzącym na szczytach gór powietrzu,
w pogwarkach strumienia?
Ile razy słońce wchodząc w mój krwiobieg
obiegnie ze mną ziemskie horyzonty,
nim stanę się światłem?
Och, dziś, w blasku tego poranka
poruszającego lekko żółtą zasłonę w oknie
- z ażurem balkonu,
z serdecznym śladem wrony na śniegu,
z setką tęcz pełgających w koronach modrzewi -
jestem tak pełna Twojej chwały, Panie,
że nie pytam więcej.
Zakopane, w marcu 1998
Inskrypcja przydrożna
Kto wpływał na suchego przestwór oceanu, wie,
jak słońce pieści ostrza traw
wzniecając w nich srebrnoskrzydłe włócznie blasku.
Jak łąkowe chabry i ostróżki stoją wiernie na straży
ogromnego światła dnia.
Jak u końca drogi wijącej się wśród pól
wysnuwa się zwolna mżysty anioł horyzontu.
Kto stał samotnie nad brzegami wód
zdobionych frędzlą trzcin i tataraków
odda się już bez lęku w nieuchwytne ręce losu.
Bo dwa bociany znad soczystych łąk
na zawsze tu zostaną strzegąc kolejnego wędrowca
przed zachłannym okiem nicości,
zaczepiając jego płochy wzrok
o czarno-białe pióra i brunatne dzioby.
Komu choć raz płonął przed oczami słoneczny zachód
w złotogłowiu i szlachetnym płaszczu granatu,
przetrwa tu, w tym pejzażu, żywą myślą-ważką
rozbijającą jak meteor galaktykę maleńkich much,
co pląsają tuż nad lustrem wody,
podczas gdy rzeka płynie dalej i dalej,
aż po ostatni dzień świata.
Wiedzieć, to nie wiedzieć nic i tylko
patrzeć, jak z głębiny nieba wyłoni się
świetlisty anioł przemiany.
Według Pascala
Cytrynowy motyl ominął wzgardliwie
mój bohaterski ogród w rudym
blasku nagietków na balkonie ósmego piętra.
Za to mrówki kłębią się raźnie
w podziemiach obu donic.
Zamyślam się stąd donikąd
pod czerwcowym niebem.
Czyż nie dość jestem sobą, tu,
pomiędzy motylem, mrówkami i słońcem
wznoszącym na niebie ognisty stos zachodu?
I czy, doprawdy, myśl,
która właśnie wykluwa się mozolnie
z poczwarki tego wiersza,
zawładnie kiedykolwiek ogrodem Wieczności?
Aria na strunie G
Stąpaj powoli, patrz uważnie,
każdym spojrzeniem kochaj brata,
co mały jest jak konik polny
albo płochliwy tak jak sarna.
Nie szukaj cudów ponad ziemią,
bo one blisko są: na dłoni
twej siada właśnie Anioł nagły
strojny w ulotność swych przeznaczeń.
To nie do wiary, lecz ten powój
wczoraj nie istniał, a dziś - jest!
Więc szczerze się do niego pomódl:
w nim drży wciąż Boski Stwórcy gest.
I grajże, graj mu na organkach
- ustami duszy dźwięki rozdzwoń -
tę słodką arię rozkwitania
- ni to weselną, ni żałobną.
Stąpaj powoli, patrz uważnie,
czule dotykaj skóry świata.
Niech trzmiel i drozd od dziś zapomną,
jak łatwo zginąć w rękach kata.
Stąpaj uważnie, patrz powoli:
tu, w trawie, lśni Wieczności gwiazda.
Gdyby twój wzrok jej nie przesłonił,
wiedziałbyś, że jest jak krew czarna.

Copyright © by Tygodnik Powszechny