Jerzy Kronhold
Wiersze
***
W płytkim zagłębieniu pomorenowym
rozkłada się martwy bażant na tle
przydymionego nieba o barwie topazu.
Nawet po śmierci delikatny i arystokratyczny.
W jego sukni mogłyby chodzić ślicznotki
z portretów Klimta, szczególnie Sonja Knips.
***
W czeskich parkach z przyjemnością
zamieszkują wiewiórki, zielonosiwe dzięcioły
i ulubieniec mchu patriarcha Amosz Komensky.
Ławki z widokiem na kwitnące magnolie
sprzyjają rozmyślaniom. Słychać głos
matek, wołających do swoich pociech;
"pod k mně pepičku" - pieszczotliwie
i śpiewnie z akcentem przemieszczającym
się jak saneczki po torze ślizgowym.
Piękny jest język czeski. Pachnie
pszczołami i muzyką.
***
W Přerowie na Morawach
widziałem na dworcu duży obraz:
śmierć Wallensteina. Słynny
bohater wojny trzydziestoletniej
(kondotier) zyskał ponurą sławę,
która go zawiodła aż do smutnego
końca. Obraz przedstawia trupa
ułożonego po diagonalnej. Dużo
krwi, zamieszania. Kompozycja
w guście Makarta i szkoły
monachijskiej. Wisiał w komisariacie
czeskiej kolejówki nad ramieniem
ruchliwego i nieco tępego majora.
Nie wątpiłem ani przez moment,
że jego pięść potrafi być
ciężka i okrutna.
***
Pomiędzy Nikiszowcem a Giszowcem
zdarzają się dorodne lipy i kasztanowce,
zdarza się wielka miłość
między dziewczyną a chłopcem,
niezwykła czułość
między Giszowcem a Nikiszowcem.
Pomiędzy Nikiszowcem a Giszowcem
fruwają listy niby latawce i odrzutowce,
trafia się wielka rozpacz
jak w ciele ciało obce,
robi się pusto
między bezlistną lipą a złotym kasztanowcem.
***
Czym było twoje ciało, nigdy się nie dowiem,
szczeliną, światłem, przesmykiem, obłokiem,
który cumował na wzgórzach za miastem
kiedyśmy wędrowali żeby spotkać wieczór,
jak miejsce pod poduszką i zanadrze.
Jasne złoża jaśminu, pokłady akacji
układały się w zdanie z ukrytym podmiotem
i zamieniały w podmuch cichego bogactwa
zrozpaczonego gdy zniknęłaś potem.
Został pasaż tymianku i dotyk piwonii
splecionych w wieniec zagadkowych liści,
pewien urwany refren, allegro symfonii
i temat tak jak zawsze wiekuisty.
***
Czyściłem twoje buty,
o pięć numerów mniejsze
od moich. Wkładałem
do nich ręce
jak do rękawiczek.
Opuszkami dotykałem
wgłębień gdzie odcisnęły
się pięty i palce.
Było mi ciepło. Bardzo.
***
Twarz Ezry Pounda
na zbliżeniu,
kaniony, wąwozy zmarszczek,
tak może wyglądałyby
koryta wielkich rzek
nazajutrz po wyschnięciu
z lotu ptaka
Eufrat czy Ganges.
***
Płomienie, błyskawice, dzwony.
Czytałem Marcina Lutra słynne
tezy, przybite do drzwi kościoła
w Wittenberdze.
Otworzyło się piekło, czyściec
i niebo, wszystkie jednocześnie
jak pokoje graniczące ze sobą
w rodzinnym domu. Przechodziłem
z jednego do drugiego, czując
rozpacz, bliskość rozpaczy
i pewność zbawienia.
***
Dziecko zeszło z huśtawki,
która jeszcze przez chwilę
wprawiona w ruch
skrzypiąc i piszcząc
na metalowych złączach
wychylała się w przyszłość
nieznaną nikomu,
zagłębiała się w ciemność
ze śmiechem i smutkiem
Jerzy Kronhold - ur. 1946 w Cieszynie, poeta, w latach 1968-75 członek grupy poetyckiej "Teraz". Opublikował m.in. tomy wierszy: "Samopalenie" (1972), "Baranek lawiny" (1980), "Oda do ognia" (1982), "Niż" (1990)".

Copyright © by Tygodnik Powszechny